NGO, 29.09.2017

 

NGO pod butem władzy

Newsweek Polska, Jarosław Makowski, 28.09.2017

© pap

 

Senat głosami PiS właśnie powołał właśnie Narodowy Instytut Wolności – Centrum Społeczeństwa Obywatelskiego. Nowa instytucja ma promować rozwój społeczeństwa obywatelskiego, ale ma z nim tyle wspólnego, co pięść z okiem. O co więc chodzi? Raz: o kasę. Dwa: założenie organizacjom pozarządowych kagańca, który ukróci ich niezależność.

Jeśli PiS mówi, że chce poprawić jakiś obszar działania naszego państwa, jeśli przekonuje, że chce wprowadzić więcej transparentności, wolności czy demokracji, to wiedz, że szykuje się coś złego. Że pod przykrywką szczytnych celów i pięknych haseł, PiS-owski rząd chce sobie podporządkować kolejny obszar naszego państwa. Pamiętacie tzw. „pakiet demokratyczny”, który okazał się w rzeczywistości pakietem antydemokratycznym. Przykładowo: Trybunał Konstytucyjny po zmianach, jakich dokonała obecna władza stał się już tylko atrapą. Taki sam los spotyka dziś sądy, które zostają wzięte pod kontrolę polityczną. A teraz do przejętych i podporządkowanych PiS instytucji trafią organizacje pozarządowe: te, które będą chciały korzystać z publicznych pieniędzy, będą musiały podporządkować się PiS-owskiej władzy. Te, które tego nie zrobią, czeka ciężka walka o przetrwanie.

Do przejętych i podporządkowanych PiS instytucji trafią organizacje pozarządowe: te, które będą chciały korzystać z publicznych pieniędzy, będą musiały podporządkować się PiS-owskiej władzy. Te, które tego nie zrobią, czeka ciężka walka o przetrwanie.

Proces brania pod but przez PiS-owski rząd organizacji pozarządowych zaczął się się kilka miesięcy temu, kiedy rządowa telewizja przeprowadziła bezpardonowy atak na trzeci sektor. To była oczywiście przygrywka do tego, aby rząd przygotował ustawę, która w zasadzie zlikwiduje niezależny trzeci sektor. Jednym z głównych celów ustawy jest – jak to w przypadku centralistycznie myślącego rządu – powołanie Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Do czego jest potrzebna taka instytucja?

Po pierwsze, centralizacja. Przedstawiciele NGO-sów obawiają się, i słusznie, że nowy centralny urząd ma zwiększyć kontrolę rządu nad pieniędzmi, które dotąd ministerstwa rozdzielały w otwartych konkursach. Nadzór nad NIW sprawować ma jeden z wicepremierów wskazany przez szefową rządu. On też powoła dyrektora Instytutu – oczywiście bez konkursu – na 5 lat, który będzie mógł udzielać dotacje do 200 tyś. złotych również bez żadnego konkursu. Złożona zaś między innymi z przedstawicieli NGO-sów rada pozostanie jedynie funkcja doradcza. Bez możliwości decydowania o czymkolwiek.

Po drugie, większość organizacji biorących udział w konsultacjach nad projektem oceniła go jednoznacznie negatywnie. Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych, zrzeszająca ponad 100 NGO-sów, zaapelowała więc o odrzucenie projektu. Bo zawiera on wiele luk – nie wiadomo, jak dokładnie ma wyglądać proces przyznawania dotacji. Krótko: zamiast transparentności, jak to już staje się w państwie PiS regułą – będzie uznaniowość. Swoi, czyli ludzie związani z PiS, mogą spać spokojnie.

I trzecia sprawa, która pokazuje dokładnie intencje PiS: projekt ustawy, który był konsultowany z organizacjami pozarządowymi, został zmieniony przez rząd. „Przedstawiciele trzeciego sektora mogą sobie gardłować, mogą zgłaszać uwagi, ale dla PiS-owskiego rządu to nie ma znaczenia, bo i tak ich uwagi wrzuca do kosza” – mówiła w czasie prac nad ustawą posłanka Monika Wielichowska, która domagała się w Sejmie jej odrzucenia. Takie zagranie rządu, gdy jedno ustala z organizacjami, a potem zgłasza i tak swój projekt bez konsultacji, ignorując głos trzeciego sektora, najlepiej pokazuje intencje PiS-owskiego rządu. Co więcej: pokazuje, że rząd oszukuje stronę społeczną.

Załóżmy, że o pieniądze na promocje programów europejskich aplikuje fundacja o. Tadeusza Rydzyka i – przykładowo – „Stocznia” Kuby Wygnańskiego. Jak myślicie, czyja aplikacja uzyska uznanie w oczach władz Narodowego Instytutu Wolności? No właśnie…

Zapytacie, po co PiS idzie na kolejną wojnę z trzecim sektorem? Partia Jarosława Kaczyńskiego, jak wiemy, gra na podział Polaków. To stara PiS-owska metoda. A tu idzie o to, by podzielić trzeci sektor: te organizacje, stowarzyszenia i fundacje, które chodzą na pasku rządu, i te, które zostaną odcięte od publicznych pieniędzy. Jak to będzie działać w praktyce? Załóżmy, że o pieniądze na promocje programów europejskich aplikuje fundacja o. Tadeusza Rydzyka i – przykładowo – „Stocznia” Kuby Wygnańskiego. Jak myślicie, czyja aplikacja uzyska uznanie w oczach władz Narodowego Instytutu Wolności? No właśnie… Dlatego prawdziwym celem powstania Narodowego Instytutu Wolności jest dobicie społeczeństwa obywatelskiego. Bo, jak słusznie zauważył czeski politolog Miroslav Hrocha, „gdy upada społeczeństwo obywatelskie, naród jawi się jako ostateczna gwarancja bezpieczeństwa”. I drugi prawdziwy cel: pogrążenie NGO, by wybiły siebie z głowy krytykowanie rządu, jeśli oczywiście chcą korzystać z publicznych pieniędzy. Jeśli zaś nawet jakimś cudem nieprawomyślne organizacja pozarządowa otrzyma pieniądze, to przecież NIW moje je cofnąć. Tak oto, Drodzy Państwo, powitajcie w Polsce nową rządową instytucję: Narodowy Instytut Kontroli NGO.

msn.pl

Równość wobec prawa to nie ściema

28/09/2017

Oddam głos na tę siłę polityczną, która złoży obietnicę wobec narodu, że każdy, kto złamał Konstytucję, zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu.

Trzy podstawowe władze: miecza – czyli władza króla, rządu lub prezydenta, sakiewki – władza parlamentu oraz władza togi – czyli niezależna od dwóch pierwszych władza wolnych od wszelkiego nacisku sędziów, muszą być od siebie niezależne. Często przecież w demokracji liberalnej zdarza się, że władze miecza i sakwy są w jednych rękach, co stanowić powinno jeszcze mocniejszy argument za niezależnością władzy togi. Rozumieć musi to każdy myślący obywatel i doprawdy pojąć nie mogę, dlaczego tak oczywiste rzeczy tłumaczyć należy z uporem godnym lepszej sprawy od ponad dwóch lat.

Czmychnąć przed Trybunałem

Nie rozumiem też, dlaczego tłumaczyć trzeba niektórym, że to, co PiS i prezydent usiłuje przeforsować, to nic innego jak oczywisty plan zrównania trzech władz i spięcia ich jedną klamrą pod nadzór jednej osoby w państwie. Bez znaczenia jest to, czy będzie tą osobą Zbigniew Ziobro czy Andrzej Duda, bo w dzisiejszej polskiej rzeczywistości tą osobą jest i będzie Jarosław Kaczyński. To chory układ – niezależnie od tego, kto w danej chwili rządzi krajem.

Na temat propozycji prezydenta powiedziano już wiele, także to, że nic się praktycznie nie zmieniło od czasu złożonych wet, poza zwykłą zamianą nazwisk: z Ziobro na Duda. Weta prezydenckie to nic innego jak tylko bitwa o pozycję wewnątrz obozu władzy. W żadnej z tych propozycjach nie ma troski o obywatela – jest tylko zwykła, czysta gra o pozycję własną. Prezydent po prostu powiedział: dość traktowania mnie jak „popychło”.

Oprócz tego prezydent próbuje budować linię obrony w przyszłym procesie o łamanie Konstytucji. I żeby było jasne, mnie nie chodzi o jakąś polityczną zemstę, krew na arenie gladiatorów. Tu idzie wyłącznie o zwykłą, ludzką sprawiedliwość zapisaną w tejże Konstytucji, czyli o równość wszystkich wobec prawa.

Piszę to jako szary obywatel tego państwa, który płacić musi mandat za wykroczenie drogowe lub ponosi karę za nieumyślne nieopłacenie parapodatku w postaci opłaty za parkowanie w strefie ograniczonego postoju w centrum miasta. Dzisiaj ta podstawowa zasada demokracji jest zwykłą ściemą, a objawia się ona najczęściej w słowach wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, który traktuje ją jak swój ulubiony szlagwort. I dla tej zasady napiszę: oddam głos tylko na tę siłę polityczną, która złoży obietnicę wobec narodu, że każdy, kto złamał Konstytucję, zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu. To się nam, obywatelom, po prostu należy, choćby po to, abyśmy nie stracili do końca szacunku dla prawa. I szacunku do państwa.

Kto by się Konstytucją przejmował…

Jako się rzekło, obraz, który widzimy po zapoznaniu się z propozycjami prezydenta w sprawie zmian w Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym, przywołuje myśl, że projekty owe pisał ktoś, kto z prawem raczej za pan brat nie jest. Dodam od razu, że ja prawnikiem nie jestem, a prawo znam bardziej od strony praktycznej jako przedsiębiorca. Tym się zatem różnimy z panem prezydentem, że on prawnikiem jest z wykształcenia. Marna to pociecha jednak, gdyż rozwiązania przedłożone przez Andrzeja Dudę są przede wszystkim niezgodne z obowiązującą Konstytucją. Każdy uczeń gimnazjum zaś wie, że najważniejszym dokumentem prawnym w Polsce jest ustawa zasadnicza, jak sama nazwa zresztą mówi. Później w kolejności są ustawy inne, rozporządzenia, uchwały i akty prawne niższej rangi. Skoro zatem tak, to żadna ustawa nie może zmieniać Konstytucji bez ściśle określonego trybu, zapisanego w tym dokumencie.

O propozycjach prezydenta wypowiedzieli się już znacznie mądrzejsi ode mnie, ja tylko, okiem mało znaczącego praktyka, spróbuję dokonać krótkiego podsumowania. Propozycje owe sprowadzają się do paru spraw, a mianowicie: czystki w Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, wyboru nowych członków Rady i wyboru nowych sędziów do Sądu Najwyższego przez polityków oraz wprowadzeniu nowych izb Sądu – odwoławczej i dyscyplinarnej.

Ulubionym argumentem obozu władzy usprawiedliwiającym czystki partyjne w Sądzie Najwyższym oraz w KRS jest powoływanie się na zapis w samej ustawie zasadniczej, mówiący o tym, że można przenosić sędziego w stan spoczynku lub do innego sądu w razie zmiany ustroju sądów. Tłumaczenie władzy chwytliwe, ale całkowicie chybione. Dokonywane zmiany absolutnie nie wyczerpują znamion modyfikacji ustrojowych sądów. Posiłkując się słownikiem języka polskiego sprawdzić można, iż ustrój sądów to ogół norm prawnych regulujących funkcjonowanie tychże, a nie tylko malutki ich wycinek. Natomiast bez wątpienia wszystkie te i wcześniejsze posunięcia mają jeden wspólny mianownik, czyli są zmianą ustroju państwa w postaci zamachu na święty trójpodział władz, na co naród zgody obozowi Zjednoczonej Prawicy nie dał, gdyż prawo do zmiany ustroju wymaga większości konstytucyjnej, a nie zwykłej.

Komuch, ale swój

Innym ulubionym argumentem obozu władzy, ostatnio wypowiedzianym także ustami Zofii Romaszewskiej, jest walka z postpeerelowskimi sędziami, którzy ponoć panoszą się w sądach w ilościach wręcz hurtowych. Stąd forsowanie niezgodnych z Konstytucją zmian w postaci ograniczenia wieku, czy wcześniej, prostej wręcz wymiany prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych. Jakichkolwiek by nie użyć ekwilibrystycznych argumentów w tej sprawie, nie da się nie zauważyć, że obozowi władzy przeszkadzają sędziowie orzekający w PRL, ale nie przeszkadza już peerelowski prokurator, który namaszczony został przez demiurga tych zmian na wiodącą postać „reform” sądowych. To zresztą pokazuje stosunek Kaczyńskiego do państwa właśnie.

Nie da się także obronić sensownie zmiany polegającej na usuwaniu sędziów z powodu osiągnięcia wieku 65 lat (dziś sędzia może orzekać do lat 70 lub dłużej po złożeniu odpowiednich zaświadczeń lekarskich). Powiedzieliśmy sobie bowiem, że święty trójpodział władz polega na ich równości, a skoro tak, to dlaczego nie wprowadza się ograniczenia wiekowego do lat 65 wśród posłów i senatorów? Czym, przepraszam, różni się praca sędziego od pracy parlamentarzysty? Obie przecież profesje ścisły związek mają z prawem, jedni je tworzą, drudzy mają sprawdzać, czy nie jest łamane.

I na koniec tego wątku jeszcze czysto praktyczny argument, życiowy. Otóż nie przerywa się umówionej wcześniej kadencji czyjejś pracy, chyba że mamy do czynienia z sytuacją nadzwyczajną. Wyobraźmy sobie, że pracodawca umówił się z nami na określony czas zatrudnienia, na przykład na 5 lat. Mamy to zapisane w kontrakcie. Nasza praca jest do tego istotna z punktu widzenia przedsiębiorstwa, w którym pracujemy i wymaga wdrożenia wielu elementów z zakresu organizacji pracy, a ich efekty widoczne będą za jakiś czas. Ale nagle pracodawca zmienia swój punkt widzenia i według własnego uznania rozwiązuje z nami umowę. Co wtedy zrobimy? Jak się czujemy? My mamy drogę sądową i możemy odwołać się do sądu pracy. Do kogo odwołają się sędziowie? Oni mogą to zrobić jedynie do narodu lub wątpliwego, jak widać, rozsądku polityków.

Jak można zatem wmawiać ludziom fałszywy z gruntu pogląd, że sędziowie należą do jakiejś wyalienowanej kasty, skoro ich los leży wyłącznie w rękach, sarkastycznie mówiąc, innej kasty?
Skarga nadzwyczajna – tak, ale…

Sądownictwo wymaga reformy. Jednak nikt i nic nie jest w stanie mnie przekonać do tego, że niezbędnym początkiem tych zmian ma być ordynarna, partyjna czystka dokonana z pogwałceniem nie tylko najważniejszego aktu prawnego, ale także z naruszeniem świętych w życiu publicznym obyczajów. Nie jest mnie w stanie przekonać nikt do tego, aby trzeci rodzaj władzy wybierany był przez pierwszy lub drugi, gdyż wtedy o żadnej demokracji mowy być nie może. Doprawdy tak ciężko pojąć, że gdy na sali sądowej spotka się prokurator i sędzia, a być może i nawet adwokat z nadania jednej tylko, do tego politycznej, ręki, to los obywatela będzie po prostu przesądzony?

Żeby była sprawa jasna, nie bronię sędziów. Uważam, jak być może większość społeczeństwa, że sędziowie to nie jest krystalicznie czysta grupa zawodowa. Ale tu nie idzie o sanację tej władzy, ile o zwykłe jej przejęcie, na co nie może być zgody w imię zachowania zasad. Po prostu.

Czy wszystkie pomysły prezydenta są niegodne uwagi? Otóż wbrew opiniom większości komentatorów wstawię się za ideą skargi nadzwyczajnej. Przy czym zaznaczę od razu, że nie w formie zaproponowanej przez Dudę i jego urzędników.

Nie potępiam tego pomysłu w czambuł. Uważam, że jakiś rodzaj odwołania od prawomocnego wyroku winien być wprowadzony. Politycy opozycji, co zresztą mam im za złe, muszą zrozumieć, że jest w Polsce niemała grupa osób zwyczajnie pokrzywdzonych przez sądy. Sam do takich osób należę, mając za sobą wszystkie dostępne w polskim prawie środki odwołań, które uważam za zwykłą fikcję i zaraz wyjaśnię dlaczego.

Dziś w procedurze karnej i cywilnej są w istocie cztery narzędzia odwoławcze: skarga kasacyjna, skarga o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego orzeczenia, skarga o wznowienie postępowania oraz skarga do Trybunału Sprawiedliwości UE. Dodatkowo w procedurze karnej jest także prawo do łaski, będące wyłączną kompetencją Prezydenta RP.

Nie wdając się w zawiłości prawne, krótko przedstawię, na czym polega fikcyjność tych narzędzi. Kasacja podlega dwuetapowości rozpoznania. W pierwszym etapie skargę rozpoznaje jeden sędzia na posiedzeniu niejawnym, zaś jego decyzja jest ostateczna. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że jeden sędzia decyduje ostatecznie o losie obywatela w sytuacji, gdy, przykładowo, wyroki obu instancji diametralnie się od siebie różnią. Przy czym sędzia na tymże posiedzeniu w sprawę się nie zagłębia. Jedynie sprawdza, czy skarga jest słuszna z prawnego punktu widzenia. A tu czeka obywatela niemiła niespodzianka, gdyż skarga nie może dotyczyć oceny dowodów dokonanych przez, uwaga, jedynie sąd II instancji, ponieważ narusza to zasadę niezawisłości sądu, a w polskim systemie prawnym II instancja jest tą ostateczną. Czymże jednak jest błędny wyrok, jak nie błędną oceną dowodów i faktów, przy czym uzasadnienie wyroku I instancji w ogóle nie jest brane przez sędziego SN pod uwagę?

Podobnie sprawy mają się w pozostałych skargach odwoławczych – wszystkie one nie mogą ingerować w ocenę dowodów. Tym samym narzędzia te są jedynie prawniczą fikcją, gdyż większość błędnych wyroków polega przecież na błędnej ocenie dokonanej przez sąd, która często z niezawisłością sądu ma niewiele wspólnego.

O skardze do Trybunału Sprawiedliwości wspomnę tylko tyle, że jej fikcją są koszty procesu, bo owszem złożenie samej skargi nie wiąże się z opłatą, ale już prowadzenie sprawy – tak. I są to wydatki niemałe, często dla zwykłego obywatela nie do udźwignięcia, co powoduje, że rzadko kto decyduje się na tę drogę. Pamiętać bowiem trzeba, że przejście do tego etapu sprawy wiąże się przecież z już poniesionymi wydatkami.

Wymiar sprawiedliwości wymaga zatem wprowadzenia rozwiązań umożliwiających złożenie i wnikliwe sprawdzenie skargi nadzwyczajnej w przypadku, gdy wyroki I instancji i II różnią się diametralnie i to w zasadniczych kwestiach. Nie sądzę, aby spraw takich było wiele. Należy oczywiście wykluczyć ze skargi nadzwyczajnej sprawy, w których wyroki obu instancji są jednakowe oraz sprawy motywowane czysto politycznie. Dobrym pomysłem, moim zdaniem, jest też to, aby skargę nadzwyczajną kierowała do SN grupa 20-30 posłów, co byłoby także swoistym pierwszym etapem tej ścieżki prawnej.

Jak reformować? Co zmieniać?

Na reformie sądownictwa można by w ogóle wiele zyskać, gdyby wprowadzić jedną ustawą szereg rozwiązań zmierzających do faktycznego usprawnienia wymiaru sprawiedliwości. Same środowisko sędziów zapewne przyjęłoby te rozwiązania z uznaniem. Oto cały arsenał zmian, jakie można wdrożyć:

– zwiększyć ilość sędziowskich etatów i etatów pomocniczych, czyli dać na to fundusze – ponoć polski budżet jest pod rządami PiS wzorowo prowadzony i ma nadwyżki,
– sędziowie pokoju dla najprostszych spraw (wybierani przez obywateli),
– bezpłatna mediacja przedprocesowa jako obowiązek zanim dojdzie do procesu,
– wprowadzenie większej liczby obowiązkowych, specjalistycznych szkoleń dla asystentów i referendarzy sądowych, aby unikać kompromitujących postanowień typu „kopiuj-wklej”,
– wprowadzenie systemu wynagrodzeń uzależnionego od efektów pracy sędziów, a jako kryterium przyjąć na przykład ilość zamykanych spraw bez apelacji,
– przyznanie prawa zgłaszania kandydatów do KRS grupie 2 tysięcy obywateli, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, Naczelnej Radzie Adwokackiej, Krajowej Radzie Radców Prawnych, Krajowej Radzie Prokuratorów przy Prokuratorze Generalnym, radom wydziałów prawa, grupom sędziów (od 10 do 50 w zależności od szczebla sądu),
– obowiązkowe publiczne wysłuchanie wszystkich kandydatów przed wyborami, transmitowane w Internecie,
– zagwarantowanie, iż najbardziej liczni sędziowie sądów rejonowych będą mieli znaczący wpływ na skład Rady (wybiorą 8 członków),
– zmiana z systemu wyborów pośrednich dokonywanych przez zgromadzenie przedstawicieli na bezpośrednie ogólnopolskie wybory dokonywane przez sędziów według zasady 1 sędzia = 1 głos,
– stopniowe zastępowanie wygasających kadencji w Radzie nowymi członkami Rady.

Ostatnie kilka punktów opisanych propozycji pochodzą z projektu przygotowanego przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich IUSTITIA, który popierany jest przez opozycję.

Trzeba protestować

Jak widać wiele można było zaproponować obywatelom, aby spełnić ich oczekiwania. Tymczasem populistyczna prawica próbuje ordynarnie i prostacko przejąć pełną kontrolę nad trzecią władzą, co jest zamachem na ustrój państwa – liberalną demokrację, której zręby świat budował setki lat. Rządy jednej władzy nad pozostałymi znamy już z przeszłości i dokładnie wiemy, do czego one prowadzą.

Znów zapalić trzeba świece przed sądami i pałacem prezydenckim. I nie chodzi o obronę sędziów – ci niech się bronią sami – tylko o obronę świętej i nienaruszalnej zasady niezależnych od siebie władz: miecza, sakwy i togi, podstawy demokratycznego ładu.

Tytuł, śródtytuły, lead i skróty od redakcji.

Jacek Liberski – inżynier, przedsiębiorca, publicysta, bloger Liberté!

liberte.pl

Rafał Matyja: Kaczyński będzie musiał pokazać PiS, że to on rządzi

  • 01.09.2017

Jeśli Kaczyńskiemu nie uda się okiełznać prezydenta, ani zawrzeć z nim nowego paktu, prezes PiS może myśleć nawet o przyspieszonych wyborach – mówi politolog Rafał Matyja w rozmowie z Witoldem Głowackim.

Fala protestów przeciwko ustawom o sądownictwie, weta prezydenta Andrzeja Dudy. Czy tego lata dokonała się jakaś głębsza zmiana w polskiej rzeczywistości politycznej?
Stały się dwie rzeczy o zasadniczym znaczeniu. Po pierwsze, ustawy PiS-u o sądownictwie wywołały bardzo liczne i – co bardzo ważne – wychodzące z nieco innych niż do tej pory grup protesty. Po drugie, doszło do pęknięcia w obozie władzy spowodowanego przez podwójne weto prezydenta Dudy.

Zacznijmy więc od protestów.
One uruchomiły na nowo bardzo ważne dyskusje, o tym, co tak naprawdę może PiS i o strategii opozycji. Okazało się, że to naprawdę nie jest tak, że ogół Polaków obchodzą tylko sprawy socjalne, ewentualnie kwestia zaostrzenia ustawy aborcyjnej. A kiedy PiS dotyka spraw związanych na przykład z wymiarem sprawiedliwości, to szerszych kręgów to nie porusza. Protesty udowodniły, że i tu istnieje potencjał – chociaż jego skala to efekt zbiegu okoliczności.

Na czym polega ten zbieg okoliczności?
Początkowe reakcje społeczeństwa wcale nie były tak ostre. Punktem przełomowym była ta pierwsza manifestacja ze świecami przed Sądem Najwyższym. To się udało dlatego, że sędziowie chcieli zaprotestować w zupełnie inny sposób, niż było to do tej pory przyjęte przez opozycję. Bez partyjnych przemówień i zupełnie odmiennej estetycznie formie. Bez sztandarów partyjnych, bez histerycznych mów i oklasków, tylko w ciszy. I przeciwko tej jednej konkretnej sprawie. Ludzie, którzy szli pod Sąd Najwyższy mieli więc absolutną pewność, że protestują przeciwko PiS-owi, i przeciwko próbie ograniczenia sądów, nie udzielając nikomu poparcia. Emocjonalnym katalizatorem był też atak Jarosława Kaczyńskiego na opozycję, jego treść i forma.

Protest przeciw PiS nie musi oznaczać poparcia dla opozycji? 
Przynajmniej nie dla opozycji jako partii. W sprawie ustaw o sądownictwie na przykład nie wszystkie działania opozycji podjęte w Sejmie były sensowne. Ale to, co robili posłowie Gasiuk-Pihowicz i Budka spotkało się z aplauzem protestujących jako jakaś próba powstrzymywania pisowskiego walca.

Protestujący też chcieli go powstrzymać?
PiS uruchomił w ostatnim czasie nie tylko kampanię na rzecz ustaw o sądownictwie. Wbrew zapowiedziom z końca czerwca, sugerującym przejście do etapu łagodnych rządów, w lipcu mieliśmy próbę z SN, a na jesień – zapowiedź ustawy o dekoncentracji mediów, mówi się też o ordynacji wyborczej. Możemy więc sobie jasno powiedzieć, że ta ofensywa, która się zaczęła 2 lata temu, nie została i nie zostanie przez PiS z własnej woli zatrzymana – tu trudno o jakiekolwiek wątpliwości. I to właśnie ta świadomość jest jednym z powodów, dla których ostatnie protesty były aż tak silne.

Czy sądzi pan, że kolejne ruchy zaplanowane przez PiS na jesień – ustawa o dekoncentracji mediów czy zmiany w ordynacji wyborczej mogą również wywołać protesty na masową skalę? 
Tak. Manifestujący mają w tej chwili w świadomości dwie ważne rzeczy. Po pierwsze tę, że uczestniczyli w czymś dobrym i użytecznym. Mają udane doświadczenie tworzenia nowej wspólnoty. Po drugie – protesty zakończyły się jednoznacznym sukcesem – związanym z prezydenckim wetem. A to jest bardzo ważne – jeśli chodzi o energię do ewentualnych następnych protestów. Protestujący mają poczucie, że coś skutecznie wymusili, że wymogli na władzy naprawdę poważne ustępstwa. To wszystko będzie im dodawać skrzydeł w następnych sprawach. Dotąd przeciwnicy PiS-u nie mogli się uwolnić od uczucia pewnego fatalizmu – że nic nie mogą w gruncie rzeczy osiągnąć, że przychodzi ich coraz mniej, że sprzeciw powoli wygasa. Lipcowe protesty to uczucie całkowicie przełamały.

Czy prezydent Andrzej Duda pana zaskoczył wetując dwie z trzech ustaw o sądach”?
Zaskoczył. Nie miałem pewności, że prezydent się na to zdecyduje. Motywy Andrzeja Dudy miały moim zdaniem osobistą naturę. Dla prezydenta to była kwestia elementarnego określenia, kim tak naprawdę jest. Nie sądzę, by jego decyzja mogła wynikać z całkowicie zimnej kalkulacji politycznej, żeby był to element jakiegoś długofalowego, precyzyjnego planu. Dla prezydenta to może być początek procesu, którego on sam nie będzie do końca kontrolował. To jest bardzo dynamiczna, napięta sytuacja polityczna, a nie żaden wielki projekt Prezydentury 2.0 – co już niektórzy komentatorzy byli skłonni ogłaszać. Mamy do czynienia z bardzo ciekawym otwarciem politycznej jesieni, ale mówiąc językiem brydżowym, to dopiero początek licytacji. To nie jest jeszcze żadna rozgrywka – nie wiemy, co kto ma w kartach.

Nie próbuję lansować tezy o Prezydenturze 2.0, ale wiosenne zmiany personalne w otoczeniu prezydenta na czele z powołaniem Krzysztofa Łapińskiego, jak i weto w sprawie ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, można jednak interpretować jako pewne przygotowania do zmiany dotychczasowej roli. Tamto pierwsze weto było kompletnym zaskoczeniem dla PiS. 
Owszem, ale także dotyczyło spraw o istotnym znaczeniu. Ustawa o RIO w przyjętym przez PiS w Sejmie kształcie mogła de facto przywrócić w Polsce centralizm, bardzo poważnie ograniczyć samorząd. Natomiast pierwszą naprawdę dramatyczną decyzją prezydenta, była dopiero ta o zawetowaniu ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym. To wtedy doszło do co najmniej naderwania dotychczasowych relacji Andrzeja Dudy z obozem PiS. Wierzę, że prezydent do podjęcia takiej decyzji dojrzewał od dłuższego czasu, a dowodem jest to, o czym Pan wspomniał, że chciał mieć wokół siebie ludzi, którzy będą lojalni w pierwszej kolejności wobec niego. Intencje i motywy Andrzeja Dudy pozostaną zapewne długo nierozpoznane, może po latach dowiemy się czegoś od jego dzisiejszych współpracowników. Ale już dziś możemy rozmawiać o konsekwencjach jego decyzji. Otóż konsekwencją numer jeden jest obalenie pewnego sposobu rządzenia Polską, który obowiązywał przez ostatnie dwa lata. Sposobu opartego na tym, że wola Jarosława Kaczyńskiego nie napotykała wewnątrz całego obozu władzy żadnego sprzeciwu. Każdy kolejny pomysł prezesa partii był po prostu wcielany w życie – bez względu na jakiejkolwiek oceny merytoryczne i formalne. I to się właśnie skończyło. Wiemy już, że prezydent może sobie pozwolić na to, że będzie sam oceniał, czy dana propozycja jest sensowna, czy nie. To kompletnie zmienia dotychczasowy sposób funkcjonowania całego mechanizmu władzy.

Nowa pozycja Andrzeja Dudy może zapoczątkować erozję monolitu, jakim zdaje się być PiS?
Na pewno przyspiesza to pewną dekompozycję. W ostatnich tygodniach widać to już na na poziomie retorycznym. W sferze tego, co się mówi – bo na razie jeszcze nie można powiedzieć tego samego powiedzieć o sferze, w której się różne rzeczy robi. Sytuacja jest jak w peletonie kolarskim. Jedziemy sobie, niby równo, ale jednak co chwila zbierają się jakieś ucieczki, jeden na drugiego patrzy, kto może odjechać, trwa takie zbiorowe czarowanie się. Otóż w tym momencie na prawicy co chwilę ktoś mówi coś, co jest nie po myśli Jarosława Kaczyńskiego – i patrzy, jaka jest reakcja. To nie są żadne deklaracje w rodzaju „wychodzimy”, „zrywamy” – to absolutnie nie jest ten moment, ale ryzyko związane z krytyką jest niższe niż wcześniej. Nagle można mieć własne zdanie, nawet zdanie krytyczne, a jeszcze wciąż mieścić się w granicach obozu. Ta zmiana jest szalenie ważna, jeszcze w nią nie weszli politycy, na razie mówimy o zachowaniach dziennikarzy, a raczej swego rodzaju rynku komentatorskiego. Sam nie wiem, jak to nazwać, bo to jest bardzo dziwna grupa.

Może nazwijmy ją bezpośrednim i pośrednim medialnym zapleczem PiS? Czy przesadzam? 
Nie przesadza pan, bo o to właśnie chodzi. Kiedy mówimy o tym publicystyczno-komentatorskim rdzeniu, to tam słowa krytyczne wobec PiS-u padały rzadko, a jeżeli już to dotyczyły sposobu sprzedawania polityki. Aż tu nagle się worek z krytycznymi opiniami rozerwał. Myślę zresztą, że właśnie w tych kręgach będziemy mieli bardzo duże napięcie w momencie, kiedy przyjdzie do dokonywania dekoncentracji mediów. Przynajmniej część związanych z PiS dziennikarzy ma świadomość, że to będzie oznaczało wprowadzenie już praktycznie na stałe sterowania politycznego na bardzo niskim poziomie, w którym środowisko dziennikarskie nie będzie miało nic do powiedzenia. To naprawdę nie jest tak, że hasło dekoncentracji mediów wywołuje w środowisku dziennikarskim związanym z PiS-em wyłącznie uczucie szczęścia i rozkoszy.

Jest pan pewien? To przecież takie obiecujące – otwierają się nowe miejsca pracy, perspektywy objęcia nowych funkcji, awansu.
Owszem, takie myśli też się tam pewnie pojawiają – ale znamy dostatecznie wielu dziennikarzy z doświadczeniem, którzy nie mają złudzeń i przesadnych nadziei dotyczących zwiększenia kontroli ze strony polityków. Wróćmy na moment do tej metafory wyścigu kolarskiego. W tej chwili istnieje pewien potencjał polityczny do podziałów w obrębie obozu prawicy, z drugiej jednak strony, z całkiem naturalnych powodów, ze względu na poczucie wieloletniego oblężenia, wspólnoty i jedności losów, nikt nie chce być „tym pierwszym”, który podejmie się ucieczki z peletonu. Każdy obawia się tego, że oprócz gniewu prezesa skupi na sobie niechęć całego obozu prawicowego. Obserwował pan zapewne reakcje tych bardziej zdeklarowanych zwolenników PiS na prezydenckie weta, choćby na Twitterze?

Owszem – były niezwykle mocne.
To jest naprawdę bardzo trudne dla kogoś, kto jest emocjonalnie związany z tym obozem. Taka zmiana nastawienia jest bardzo brutalna – a przy tym błyskawiczna. Zarazem jest to coś, kto spotyka każdego, kto choćby próbował się jakoś wewnątrz obozu prawicy emancypować. Właśnie dlatego widzimy dziś to wzajemne czarowanie się w peletonie i zerkanie, jak duża może być ucieczka, ile osób się na nią zdecyduje, czy to będzie połowa opinii prawicowej, czy może jednak tylko 10 procent, bo jeżeli tylko 10, to przecież trzeba uważać albo się wstrzymać. Tak to teraz wygląda – cały obóz prawicy czeka i nasłuchuje, czy ktoś odważy się powiedzieć coś, czego do tej pory nie mówiono. Jest też tam powszechnie oczekiwanie na coś jeszcze – czyli na ostateczną decyzję Kaczyńskiego: czy będzie wojna z Dudą czy raczej próba zawarcia jakiegoś pokoju.

Widzimy wewnętrzne tarcia w PiS a nawet widmo dekompozycji obozu rządzącego na horyzoncie, ale zarazem widzimy też sondaże. A tam 36 (IBRiS) albo i 42 (CBOS) procent dla PiS. 
Upierałbym się jednak przy uściśleniu – widzimy najwyżej pewne ruchy odśrodkowe, a nie widmo rozpadu PiS. Jestem przekonany, że nawet jeśli PiS straci władzę, to prawdopodobieństwo, że podzieli los AWS czy SLD, jest nikłe. Sposób, w jaki partia jest skonstruowana – co jest zresztą spełnieniem życiowych marzeń i sukcesem Jarosława Kaczyńskiego – zdaje się gwarantować, że przetrwa ona dłużej niż inne formacje. PiS może stracić władzę, ale wpływ na polskie życie publiczne zachowa jeszcze długo. I nawet jeśli będzie ulegał formalnym przekształceniom, podzieli się na mniejsze partie, to jako formacja polityczna i mentalna przetrwa co najmniej dwie dekady, A co do sondaży, to wróżenie z nich i tak nie ma zwykle większego sensu. Stosunek PiS do sądów nie był przecież niczym, co zaskoczyłoby elektorat tej partii, wręcz przeciwnie. Spora część wyborców PiS – a pewnie także Kukiz’15 – chce, by partia „zrobiła porządek” z sądami. Już prędzej mogłaby go ruszyć ta podwyżka cen benzyny, do której nie doszło. To, co mogłoby znacząco obniżyć poziom poparcia dla PiS, musiałoby się dokonać w sferze materialnej, nie ustrojowej. Warto obserwować początek roku szkolnego, zawirowania wokół szpitali, kwestię zwiększania kwoty wolnej od podatku. To właśnie te sprawy mogą wpływać na poziom poparcia dla PiS.

W sondażach nijak nie chce też rosnąć opozycji. 
Owszem. Ale jeśli chodzi o opozycję zdecydowanie najciekawszy sondaż ostatnich miesięcy to ten, który opublikowało OKO-Press i który dotyczy nie tyle popularności samych partii, co ich liderów.

I w którym Borys Budka ma ze trzykrotnie wyższe poparcie od Grzegorza Schetyny, a Kamila Gasiuk Pihowicz od Ryszarda Petru?
Tak, właśnie ten. W tym samym sondażu jest też pytanie o to, kto powinien być liderem opozycji. Tu wśród wyborców Platformy Schetyna przegrał nawet z Władysławem Frasyniukiem – i to już pokazuje, że Platforma naprawdę ma problem, bo jej wyborcy lepiej od przewodniczącego postrzegają nie tylko Budkę, ale również Frasyniuka. Tu Nowoczesna obroniła się przynajmniej o tyle, że wśród jej wyborców wygrywała właśnie Gasiuk-Pihowicz, czyli chociaż ktoś z partii. Ten sam sondaż pokazuje też bardzo wysokie poparcie dla idei powstania zupełnie nowego ugrupowania po stronie opozycyjnej, choć nie ma żadnych wskazań, czym by to nowe ugrupowanie się miało charakteryzować. To wszystko są bardzo ważne sygnały, jeśli chodzi o przyszłość opozycji.

Fakt, że opozycja po fali protestów wręcz słabnie w sondażach, to nie jest ważny sygnał? 
To wcale nie jest takie ważne, czy w danym miesiącu widzimy plus 1 dla Nowoczesnej czy minus 2 dla Platformy. Dane z sondażu OKO-Press są o tyle ważniejsze, że pokazują coś, w co w obu partiach nikt nie wierzył. Zarówno w PO, jak i w Nowoczesnej uznano, że oto mamy trwały podział sceny, że obie partie mają swoich liderów – i że właściwie to żadna różnica jakich. Ci, którzy podnosili, że PO nie dokonała należytej transformacji po przegranych wyborach, że Nowoczesna nie wyciągnęła wniosków z kryzysu styczniowego, byli traktowani jak ludzie, którzy tym partiom po prostu źle życzą. Albo jako symetryści, którzy w równym stopniu krytykują i opozycję, i PiS. A zatem można ich nie słuchać, nie brać serio. Te diagnozy zostały w obrębie opozycji całkowicie wyparte. Sondaż OKO-Press o nich bardzo mocno przypomina. Jeśli opozycja go dobrze nie zrozumie, będzie miała dalszą stagnację notowań na własne życzenie.

Może pomoże im pan w tym zrozumieniu?
Wątpię, bo wielu ludzi w tych partiach nie słucha nawet zdeklarowanych zwolenników. Sondaż jasno pokazuje, że po stronie opozycji wciąż istnieje spory potencjał związany i ze zmianą szyldów, i ze zmianą liderów, i z metamorfozami samych partii. W dodatku wszystko wskazuje na to, że opozycja nie musi wcale czekać na jakiegoś „polskiego Macrona”, wystarczy że przeprowadzi dość głęboką – ale zarazem całkowicie normalną w polityce – przebudowę. I to przebudowę z udziałem dotychczasowych liderów. Jedną ze straszniejszych rzeczy w polskiej polityce jest to, że myślom o przebudowie opozycji musi towarzyszyć wizja, że ktoś po prostu musi „wyciąć” tego Schetynę i „wyciąć” tego Petru. Albo, że muszą oni samemu odejść. Ja jednak dopuszczałbym taką możliwość, że można się dogadać w obrębie tych partii. I zaproponować taką zmianę, która naprawdę nie musiałaby oznaczać odejścia Schetyny i Petru z polityki.

A wyobraża pan sobie powstanie całkiem nowego ugrupowania na opozycji – tego, którego oczekiwanie pojawia się w tym samym sondażu?
Tak. Może do tego dojść na dwa sposoby. Pierwszy wynikałby z głębokiego zrozumienia przez Platformę i Nowoczesną tego, co można wyczytać z sondażu OKO-Press. Wyobraźmy sobie, że liderzy obu partii mówią: w takim razie zbudujmy taki nowy twór, trochę na pokaz, ale za to z rozmachem. Pokażmy, że wszystko się zmieniło, ale zachowajmy te minima, które nas interesują.

Czyli Obywatelska Nowoczesna Platforma Robotnicza? A może Narodowa?
Może niekoniecznie Robotnicza (śmiech). I niekoniecznie Narodowa. Ale tak. PO i N. mogą wygenerować z siebie nowy szyld, uznając że jest to ostatnia szansa, żeby zachować kontrolę nad wypadkami i uniknąć bratobójczej walki. Pod nowym szyldem N. mogłaby mieć poczucie, że nie wchodzi w buty PO. Ten nowy szyld mógłby z kolei pozwolić politykom PO jakoś kontynuować…

….Hmm… misję?
…kontynuację rozpoczętych karier. Ale jest jeszcze druga ewentualność. Że takie nowe ugrupowania powstanie jako konkurencja dla Platformy i Nowoczesnej. Wcale bym tego nie wykluczał – ale z jednym zastrzeżeniem, teraz jest na to akurat najgorszy moment, bo nowy podmiot nie ma szans przed wyborami samorządowymi. To są najtrudniejsze wybory, żeby w nich startować trzeba zbudować niezły szyld, a do tego mieć kilka tysięcy zweryfikowanych kandydatów.

To kiedy byłby dobry moment? 
W okolicach jesieni 2018 roku, najpóźniej na początku roku 2019. W wyborczym kalendarzu ten moment jest mniej więcej wtedy, kiedy Jarosław Kaczyński ogłaszał w 2014 roku kandydaturę Andrzeja Dudy. I tak, można sobie wyobrazić, że takie nowe ugrupowanie, powołane jesienią 2018 dostaje dobry wynik w wyborach europejskich wiosną 2019 i na fali tego kilka miesięcy później jest już główną ofertą opozycyjną w wyborach parlamentarnych. To jest oczywiście bardzo trudne. Ale jeżeli będzie tak, że Polacy rzeczywiście będą szukali nowego szyldu, a zarazem będą już mieli coraz mocniej dość PiS-u, to pojawienia się takiego „czarnego konia” wcale bym nie wykluczał.

Widzi pan na to w ogóle miejsce na scenie?
Jeżeli Razem nie wejdzie na pozycje socjaldemokratyczne, to nieco na lewo od Nowoczesnej i PO już teraz rysuje się próżnia. Pewnie i SLD liczy, że tam wejdzie ze starymi nazwiskami – i że Polacy powitają z entuzjazmem Czarzastego i Wenderlicha, ale co najmniej równie prawdopodobne jest powstanie jakiejś nowej spójnej oferty socjal-liberalnej czy socjaldemokratycznej tyle, że o pokolenie młodszej – której w tej chwili nigdzie nie widać, ale w publicystyce coraz częściej można ten ton usłyszeć. Powiem przekornie, że do podręczników politycznej historii Polski lato 2017 roku może przejść pod znakiem weta Dudy, ale także jako moment pojawienia się dwóch tekstów formujących stanowisko nowej, nie mającej nic wspólnego z SLD, lewicy. Mam na myśli dwa listy otwarte. Pierwszy, podpisany m.in. przez Jana Mencwela, Grzegorza Sroczyńskiego, Michała Sutowskiego i Rafała Wosia – wzywający do respektowania pluralizmu po stronie „anty-PiS” i drugi – bardziej radykalny – „Żegnaj III RP” z podpisami Jana Sowy, Remigiusza Okraski z „Nowego Obywatela”, działaczy Razem i środowiska „Praktyki Teoretycznej”. Takie kiełkujące idee mogą politycznie owocować za kilka, może nawet kilkanaście lat, ale one pokazują pewien ruch myśli. Nie można wykluczyć, że to właśnie jakaś wersja lewicy stanie się w przyszłości najsilniejszym przeciwnikiem prawicy. Pierwsza polityczna okazja pojawi się po wyborach samorządowych, jesienią.

Cofnijmy się jeszcze o jedną jesień – do tej, która nas zaraz czeka. Co będzie ważne? 
Najważniejszy będzie sygnał ze strony Nowogrodzkiej co do przyszłych relacji z Pałacem Prezydenckim. Oczywiście można sobie także wyobrazić, że Kaczyński będzie próbował wykończyć psychicznie Dudę długim oczekiwaniem i żadnej deklaracji nie usłyszymy. Ale bardziej prawdopodobne jest, że nastąpi to szybko, we wrześniu. To są kwestie, które prezes PiS będzie musiał uporządkować, bo nie chodzi tylko o opinię publiczną, ale o pewien elementarny porządek we własnym obozie.

Spodziewamy się wywiadu w „Gazecie Polskiej”, w którym Kaczyński „powie, jak jest”? 
O nie, to będzie coś znacznie ciekawszego i mocniejszego. Nie sądzę, żeby miesiąc milczenia Kaczyńskiego miał zaowocować tylko wywiadem dla „Gazety Polskiej”. To, co on zrobi, to nie będzie czysta retoryka, na nią zresztą obóz władzy jest akurat dość odporny. To będzie ruch stwarzający konkretną sytuację polityczną.

Czyli co? Jakaś uchwała sejmowa wzywająca prezydenta do opamiętania czy coś w tym stylu?
Chyba jestem jednak znacznie lepszego zdania o Kaczyńskim niż pan. Sądzę, że on naprawdę skupi całą swoją finezję polityczną, żeby uniknąć scenariusza, który stał się w tej chwili dla niego realnym zagrożeniem. Bo Kaczyński stoi przed groźbą koegzystowania z prezydentem, który tak naprawdę wymuszałby na rządzących posiadanie większości 3/5 koniecznej do odrzucania weta. PiS tego oczywiście nie ma. Ale prezesowi PiS z pewnością chodzi po głowie myśl, że gdyby zaostrzyć konflikt z opozycją i z prezydentem, to te 3/5 może i byłyby do wzięcia. I że mogłoby to być łatwiejsze niż dogadywanie się z prezydentem, oswajanie go.

Sądzi pan, że Kaczyński może teraz myśleć o skoku w przyspieszone wybory?
Na pewno to rozważa. Zaraz pan powie, że na pewno dobrze pamięta 2007 rok. Jasne, ale zobaczymy, jak będzie teraz postępował Andrzej Duda. Gdyby się okazało, że prezydent poczuł się na tyle silnie, że jest teraz w stanie przy każdej ważnej ustawie mówić: „Nie wiem, ja się zastanowię, zapytam ekspertów”, to Kaczyński będzie musiał pomyśleć, jak to obejść. Jeżeli nie zdoła prezydenta na nowo uczynić, to perspektywa dwuletniej, permanentnej niepewności może być mu naprawdę niemiła, wręcz nie do wytrzymania. A jeśli do tego wewnątrz jego obozu zaczną się pojawiać głosy, że owszem, jest Pan Prezes, ale przecież jest i Pan Prezydent, zdania są podzielone, trzeba ważyć racje i tak dalej, to będzie szukał innego, twardego rozwiązania. Nawet z ryzykiem porażki.

Ale we wrześniu takiej perspektywy chyba jeszcze nie będzie widać?
Wiele zależy choćby od tego, czy prezesowi PiS uda się choć raz zbudować większość trzech piątych w obecnym Sejmie. A to wcale nie jest takie zupełnie niemożliwe. Arytmetycznie, przy pełnej sali, owszem, brakuje. Ale wiemy dobrze, że są różne emocje i są różne możliwości gry parlamentarnej. Dla Kaczyńskiego takie demonstracyjne przełamanie prezydenckiego weta w jakiejkolwiek sprawie byłoby teraz wielkim sukcesem. Drugim, znacznie bardziej ryzykownym wyjściem może być maksymalna mobilizacja własnego elektoratu i pójście na wybory. Wybory jeszcze pod kontrolą, na własnych warunkach, jeszcze zanim obóz zacznie się sypać i zanim prezydent zbuduje silniejszą pozycję. Gdyby Kaczyński widział takie zagrożenie, niemal na pewno zagrałby va banque. Wbrew wszystkim racjonalizującym tezom on nie jest człowiekiem, który po stracie połowy jabłka chciałby przynajmniej uchronić tę drugą połowę. Nie, on walczyłby o to, żeby znów mieć całe jabłko.

Prezydent ma ten komfort, że PiS i Kaczyński nie mogą go odwołać. A czy Beata Szydło i jej ministrowie mogą być tej jesieni spokojni?
Raczej nie powinni być spokojni. Rekonstrukcja rządu czy wymiana premiera – to także mogą być sposoby Jarosława Kaczyńskiego na potwierdzenie własnej władzy. Mogę sobie wyobrazić sytuację, w której prezes PiS sięga po zmiany w składzie rządu tylko po to, żeby udowodnić Dudzie i obozowi władzy, że to on rządzi. Jarosław Kaczyński może na przykład skonstruować taką sytuację, w której wymusi na prezydencie zgodę na określony ruch – i w ten sposób uzyska jakąś – choćby tylko symboliczną – przewagę w oczach ludzi obozu PiS.

A co z tym, co w oczach ludzi poza obozem PiS?
Rozmawiając o opozycji i władzy nie bierzemy pod uwagę kwestii, która właśnie zaistniała, choć wciąż jest bardzo krucha. Otóż weta prezydenta mają pewien skutek obiektywizujący sytuację w Polsce. Dotąd liczyła się wyłącznie logika dwóch obozów. A jednak okazało się, że możliwa jest i taka sytuacja, w której polityk niezależny, a w każdym razie mający największe pole manewru w ramach obozu PiS, może się postawić temu obozowi – i w dodatku powołać na pewne nadrzędne racje. Tu stało się coś ważnego. Po raz pierwszy od jesieni 2015 roku zadziałał bezpiecznik.

plus.polskatimes.pl

Prezydent nie pojawił się na obchodach stulecia SN

Anna Dąbrowska

28.09.2017
czwartek

Dwa tygodnie temu razem z Ewą Siedlecką rozmawiałyśmy z Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzatą Gersdorf. Miała nadzieję, że prezydent stawi się na Zamku Królewskim na uroczystych obchodach jubileuszu SN.

Mówiła: „Zaprosiłam pana prezydenta. Zapraszam go stale, bo jest strażnikiem konstytucji i strażnikiem obchodów stulecia państwa polskiego, a niepodległe państwo polskie zaczęło się od polskiego sądownictwa”. Miała też wrażenie, że ten jubileusz jest dla partii rządzącej bardzo niewygodny. Bo jakoś tak niezręcznie likwidować Sąd Najwyższy w jego stulecie.

Prezydent jednak nie przyszedł. Wysłał tylko list, który odczytała szefowa jego Kancelarii Halina Szymańska.

Napisał w tym liście, że w świętowanym jubileuszu dostrzega doniosły symbol. A mianowicie taki, że „uroczyste obchody stulecia SN to znak dążeń wielu polskich pokoleń, aby niepodległa Rzeczpospolita była zawsze państwem prawa”. Szkoda, że prezydent nie szanuje dążeń tych pokoleń, łamiąc konstytucję chocby wówczas, gdy przyjmował ślubowanie na sędziów Trybunału Konstytucyjnego od tzw. dublerów.

Andrzej Duda wspomniał też w liście o tym, jak istotne jest doskonalenie wymiaru sprawiedliwości: „Sprawne, cieszące się społecznym zaufaniem sądownictwo to rdzeń nowoczesnego państwa demokratycznego”. Szkoda, że w swoich projektach nie zaproponował tak naprawdę niczego, co by się do tego doskonalenia przyczyniło.

Przykrym prezentem od Andrzeja Dudy na ten doniosły jubileusz jest przygotowana przez niego ustawa o SN. W rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” mówił o tej jednej z najważniejszych instytucji w Polsce, że będzie przewietrzona, choć zapewnia, że w granicach konstytucji. Proponuje obniżenie wieku przechodzenia w stan spoczynku sędziów SN, co umożliwi usunięcie z sądu 40 proc. jego składu. To przerwanie kadencji sędziów jest sprzeczne z konstytucją i z orzecznictwem Trybunału Praw Człowieka.

Duda chce też utworzyć w Sądzie Najwyższym nową izbę od spraw publicznych i przekazać jej m.in. rozstrzyganie o ważności wyborów. A kto będzie w niej orzekał? Zdecyduje prezydent – razem z KRS kontrolowaną przez PiS. Tymczasem Sąd Najwyższy ma należeć do prezydenta. To Andrzej Duda chce informować o wolnych miejscach w SN. To on będzie wręczał – lub nie – nominacje sędziom rekomendowanym przez KRS. I to on zdecyduje, który sędzia będzie mógł orzekać po ukończeniu 65. roku życia.

Być może prezydent nie przyszedł na jubileusz dlatego, że trudno by mu się słuchało prof. Gersdorf, która mówiła, że należy dbać o wartość, jaką stanowi niezależne polskie sądownictwo, na czele z Sądem Najwyższym. Albo tego fragmentu jej przemówienia, który zabrzmiał jak apel, by sądy nie były wciągane w wir gier politycznych, państwo nie ma bowiem większej siły niż moc jego prawa.

Pewnie też trudno byłoby mu słuchać prezesa Sieci Prezesów Sądów Najwyższych UE Priitiego Pikamae, który mówił, że z wielkim niepokojem przygląda się planowanej reformie polskiego sądownictwa, która także wpłynie na niezależność SN.

Prezydent pewnie nie byłby tak gorąco witany przez prof. Małgorzatę Gersdorf na tej uroczystości, jak witany był profesor Adam Strzembosz, dawniej Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, przewodniczący Trybunału Stanu: „Byłoby bardzo niegrzecznie, gdybym nie powitała moich poprzedników, bo dzięki nim urosła wielkość tego sądu, a ja spijam tylko śmietankę. Ostatnio troszkę gorzką, ale spijam. Witam pana profesora Adama Strzembosza”. Troszkę gorzką?

Mógł się chociaż prezydent stawić na uroczystej mszy w bazylice archikatedralnej. Przecież tak często jest w kościołach widywany. Ale tu też pewnie nie byłoby mu łatwo słuchać homilii kardynała Kazimierza Nycza, który apelował do sędziów: „Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość”.

Kardynał Nycz prosi Boga, „żeby nic złego się nie stało, żeby nie został zachwiany żaden fundament w trójpodziale władzy i służbie na rzecz państwa i człowieka”. Prezydenta już z pewnością o to prosić nie warto.

dabrowska.blog.polityka.pl

Krótka rozmowa między klechą a twórcą

Krótka rozmowa między klechą a twórcą

   28 września 2017

Sąd Najwyższy raczej nie jest Sądem Ostatecznym (SO). Przynajmniej ten ostatni nie interesuje posłów PiS w wymiarze legislacyjnym. Powinien interesować hierarchów Kościoła katolickiego, ale jaki oni mają wpływ na obsadę zwierzchności SO? Żadnego.

Hierarchowie jednak czasami interesują się sprawami doczesnymi. Złośliwi mówią, że tylko doczesnymi. W takim wypadku strofuję: nie każdy jest Tadeuszem Rydzykiem, który robi z dłoni piramidkę, wymieni numer konta w swoich mediach i manna z kieszeni owieczek wpada do jego sakiewki. Ta manna zrobiła go jednym z najbogatszych Polaków, zmieścił się na liście „100” tygodnika „Wprost” i jak wieści niosą: pnie się coraz wyżej po tej drabinie jakubowej, tj. krezusowej.

Zaś kardynał Kazimierz Nycz troska się o los owieczek przed Sądem Ostatecznym, ale też Sądem Najwyższym. Metropolita warszawski w czasie homilii wygłosił, że „nikt nie przypuszczał, że w czasie obchodów jubileuszu Sąd Najwyższy tak bardzo znajdzie się w centrum zainteresowania”.
Mało tego ogłosił: – „Proszę Boga, by nie został zachwiany fundament trójpodziału władzy”. Co na to Bóg? Raczej się nie dowiemy, bo młyny sprawiedliwości niebieskiej mielą powoli, a Kaczyński tymczasem może chwycić nas wszystkich za twarz i orzec, że „mordom zdradzieckim” to się należy.

Do dialogu między kardynałem a Bogiem postanowił wtrącić swoje trzy obole twórca Andrzej Saramonowicz (och, ten Platon miał rację, aby poetów przegnać ze swojego idealnego państwa). Jak to twórca, Saramonowicz z Nyczem przeszedł od razy na ty: „Ty się, Kazik, nie zasłaniaj Bogiem, tylko podwiń rękawy sutanny i się zabierz za rozwalanie tej góry głupoty, nieprawości, pustosłowia i obłudy, którą razem z innymi klechami sypałeś przez ostatnie 27 lat”.

Saramonowicz to nie Bóg, choć ponoć stworzony na obraz i podobieństwo, więc z tego zapośredniczenia ma prawo zwrócić kardynałowi uwagę, aby „bez owijania w kardynalską bawełnę powiedział o niemoralności pisowskiej władzy w Polsce. A jeśli nie, to niech nam głowy nie zawraca”. Trudno, aby kardynał prosił (modlił się) Saramonowicza, lecz ten za friko udzielił mu rady bez modlitwy. Gdyby ów hierarcha i inni posłuchali tej mądrej rady – piszę świadomie: mądrej – to część góry głupoty runęłaby i Kaczyński nawet nie pomyślałby o zaprowadzeniu niemoralnego reżimu.

W taki to sposób porozmawiali sobie klecha i twórca – Kazik i Jędrek.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Michał Szułdrzyński

Michał Szułdrzyński: Wyborcza puszka Pandory

publikacja: 28.09.2017

Foto: 123RF

Otwarcie dyskusji nad zmianami w kodeksie wyborczym przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi wydaje się nieuniknione.

11 listopada 2018 r. to nie jest dobry termin na to, by Polacy szli do urn i wybierali radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów. „Stulecie niepodległości nie powinno dzielić” – miał według informacji „Rzeczpospolitej” stwierdzić lider partii rządzącej i trudno nie przyznać mu racji. A że obecne przepisy sprawiają, że nie można wyborów przeprowadzić kiedy indziej, trzeba otworzyć puszkę Pandory i znowelizować ustawę.

Dlaczego puszkę Pandory? Bo przy okazji pojawi się mnóstwo pokus, by tak skroić i poprzycinać ordynację wyborczą, by najlepiej pasowała do interesów PiS. Wszak żadna partia, która zmieniała w ostatnich latach przepisy wyborcze, nie robiła tego po to, by zaszkodzić wynikom swoich kandydatów. Choć PiS zapowiadał przeprowadzenie zmian w prawie wyborczym już po wyborach samorządowych 2014 r., które zakończyły się skandalem z nieprawdopodobnie dobrym wynikiem PSL w wyborach do sejmików, to teraz może ulec pokusie, by do ordynacji zabrać się z podobną gracją, z jaką partia Jarosława Kaczyńskiego brała się do Trybunału Konstytucyjnego, mediów publicznych, Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Bo tak już jest z obietnicami Prawa i Sprawiedliwości, że piękne pomysły – jak pomysł na budowę naprawdę misyjnych mediów narodowych – zmieniają się we własną karykaturę.

Ale spór o datę wyborów samorządowych ma jeszcze jeden aspekt. Na 11 listopada referendum konsultacyjne w sprawie zmiany konstytucji zwołać chce prezydent. Andrzej Duda uważa, że symboliczne stulecie niepodległości to idealny moment na dyskusję o polskim ustroju. To nie jest błahy argument. Niemniej jednak źle by się stało, gdyby tydzień po tygodniu Polacy mieli iść głosować – raz w wyborach samorządowych, raz w referendum. Biorąc pod uwagę, że wybory lokalne mają naprawdę wysoką frekwencję, skończyłoby się to katastrofą dla referendum. Może więc lepiej by było, aby podczas najbliższego spotkania prezydent i prezes PiS wspólnie uzgodnili najlepszy termin, w którym mogłyby się odbyć oba głosowania.

 

rp.pl

PAP , J.K.

Pawłowicz przegrała prawomocnie proces wytoczony Olejnik

publikacja: 28.09.2017

Dziennikarka Monika Olejnik nie musi przepraszać Krystyny Pawłowicz (PiS) za podanie, że w 2014 r. na sali Sejmu miała ona wulgarnie zwracać się do posłów i marszałka Sejmu – orzekł w czwartek prawomocnie Sąd Apelacyjny w Warszawie.

SA oddalił apelację Pawłowicz od wyroku Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, który w 2016 r. nie uwzględnił jej pozwu wobec dziennikarki. SA ocenił jako wiarygodną wersję, że powódka użyła tych słów. Podstawą tego było m.in. uznanie zeznań posłów Twojego Ruchu, a nie trzech posłanek PiS.

Od wyroku SA można złożyć skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Na ogłoszeniu wyroku nie stawił się nikt ze strony powódki.

W felietonie dla „Gazecie Wyborczej” Olejnik napisała, że Pawłowicz w grudniu 2014 r. krzyczała na sali Sejmu do posłów i marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego: „Ty chamie, stul pysk!” i „Zamknij ryj!”. Pawłowicz pozwała ją za to o ochronę dóbr osobistych, żądając przeprosin.

SO oddalił powództwo, dając wiarę zeznaniom posłów Janusza Palikota i Andrzeja Rozenka, że słyszeli te słowa. SO uznał też, iż brak tych słów w sejmowym stenogramie nie świadczy o tym, że one nie padły.

Powódka odwołała się do SA, wnosząc o zmianę wyroku SO i uwzględnienie pozwu.

Na rozprawie w SA odtworzono zapis wideo obrad Izby z grudnia 2014 r., gdy poseł Dariusz Joński (SLD) chciał przerwy w związku z zachowaniem Pawłowicz i jej „nieparlamentarnymi słowami”.

Rozenek (Twój Ruch) dodawał, że Pawłowicz „zamieniła Sejm w bar” i prosił o przerwę by mogła „wynieść brudne naczynia”. „Takie zaczepiania nie powinny mieć miejsca” – replikowała wtedy Pawłowicz, apelując o reakcje prowadzącego obrady Sikorskiego i podkreślając, że w ogóle się nie odzywała.

Zeznając w SA jako strona, Pawłowicz zaprzeczyła, by odzywała się wulgarnie do posłów i marszałka – ani w sali Sejmu, ani poza nią. „To kłamstwo” – dodała. Oceniła, że pozwana dopuściła się „bardzo dużego nadużycia dziennikarskiego”. Dodała, że „nie sprawdziła tego u źródła”, a oparła się na pomówieniach osób, które są jej przeciwnikami. Zeznała, że do dziś odczuwa skutki tej publikacji, bo te słowa do dziś są przytaczane, a zniesławiają ją m.in. wobec sędziów z KRS, w której zasiada jako poseł.

Olejnik zeznała w SA, że w swym felietonie oparła się na słowach posła Janusza Palikota z jej wywiadu radiowego. Dodała, iż uznała, że gdyby była to nieprawda, to Pawłowicz pozwałaby Palikota. Na pytanie sądu, czy sama pytała o to powódkę, Olejnik odparła, że ona nigdy nie chciała z nią rozmawiać, ani przyjąć zaproszenia na wywiad. „To nie był tekst informacyjny” – dodała.

Pełnomocnik powódki mec. Maciej Rewieński mówił w SA, że pozwana – dziennikarka z długoletnim doświadczeniem – unika odpowiedzialności, powołując się na Palikota. Podkreślił, że mogła ona zweryfikować jego twierdzenia, czy to u powódki, czy u innych posłów. Dodał, że nie wyobraża sobie by marszałek Sejmu nie podjął żadnych kroków, gdyby takie słowa padły.

Adwokat Olejnik wnosił o oddalenie pozwu i utrzymanie wyroku SO. Mówił, że ani sejmowy stenogram, ani zapis wideo w stu procentach nie oddaje tego, co się wydarzyło w Sejmie – a o słowach Pawłowicz zeznało trzech świadków. Według adwokata, felieton pozwanej był dopuszczalną opinią o kulturze politycznej i osobistą oceną pozwanej. Między stronami doszło do polemik. „Sałatka nie jest przedmiotem sprawy” – zwróciła uwagę sędzia.

Trzyosobowy skład SA orzekł, że apelacja nie jest zasadna, a wyrok SO odpowiada prawu, choć dopuścił się on pewnych uchybień (np. nie obejrzał zapisu wideo na rozprawie, co naprawił SA).

„SO był uprawniony do przyjęcia jednej wersji wydarzeń” – mówiła sędzia Romana Górecka, uzasadniając wyrok. Według niej, danie przez SO wiary Palikotowi i Rozenkowi było dopuszczalne w świetle zasady swobodnej oceny dowodów. Sędzia podkreśliła, że fakt, iż Palikot „nie był w dobrych stosunkach z powódką” nie oznacza, że nie można mu dać wiary, bo jego zeznania potwierdził Rozenek. Za wiarygodne uznano też zeznania Jońskiego. Według SA drugorzędne jest, z którymi z tych słów powódka zwróciła się do posła, a z którymi do marszałka Sejmu.

SA odrzucił zarzut apelacji co do pominięcia przez SO zeznań trzech posłanek PiS. „To, że one tych słów nie słyszały, nie znaczy, że one nie padły” – mówiła sędzia Górecka. Dodała, że ze słów Palikota i Rozenka wynika, że powódka swe słowa miała wypowiedzieć z przejścia, a nie ze swego miejsca. Sędzia podkreśliła, że na filmie widać, że stojąc powódka coś mówi, ale nie słychać co.

Według sędzi, Elżbieta Kruk (PiS) zeznała, że gdyby powódka tak powiedziała, to marszałek na pewno by zareagował. „Ale skąd wiedza, jak by zareagował?” – pytała sędzia. Jej zdaniem niewiarygodne jest też zeznanie Małgorzaty Sadurskiej, że „mimo harmidru na sali takie stwierdzenie nie mogło umknąć stenografom”. Za „subiektywne odczucie” sędzia uznała zaś zeznania Józefiny Hrynkiewicz (PiS), że „powódka nie używa takiego języka”. Jak wskazała sędzia, w inkryminowanym felietonie przytoczono bowiem inny „niekulturalny zwrot” powódki, którego ona w pozwie nie kwestionowała.

Według SA, generalnie takie wypowiedzi, jak powódki, mogą być negatywnie oceniane w przestrzeni publicznej, stąd wniosek, że nie doszło do naruszenia jej dóbr.

Mocą wyroku SA powódka ma zwrócić pozwanej 3,2 tys. zł kosztów procesu.

rp.pl

Duda chciałby być jak Kaczyński

Jarosław Makowski

Duża część polskiej prawicy chciałaby, aby Jarosław Kaczyński był jak Andrzej Duda. Tyle że Andrzej Duda marzy, by być jak prezes Kaczyński.

1.

Obóz rządzący jest w stanie wojny. Politycznej wojny. Stawką tej batalii są władza, pieniądze i rząd dusz na prawicy. W tej bratobójczej potyczce walczą ze sobą wszyscy ze wszystkimi: Duda z Ziobrą, Duda z Macierewiczem, Kaczyński z Dudą… Prawicowy lud przygląda się temu z coraz większym zaniepokojeniem, bo wie, że to się może źle skończyć dla obecnego obozu władzy.

Wie również, że wybory rządzą się inną logiką. Emocje wywracają polityczne sondaże i układanki do góry nogami. I wie, że łaska wyborców na pstrym koniu jeździ. Ale – co najważniejsze w tym wszystkim – prawica wie, że sukces wyborczy z 2015 roku był możliwy nie dlatego, że na pierwszej lini frontu widzieliśmy Macierewicza i Kaczyńskiego, ale widzieliśmy Dudę i Szydło.

Dziś, kiedy mamy już realną politykę, role się odwróciły: twarzą tzw. dobrej zmiany i rządów PiS jest Macierewicz, który – zgodnie z ustaleniami Tomasza Piątka, autora książki o ministrze obrony – ma niejasne powiązania z ludźmi Moskwy. Twarzą jest prezes Kaczyński, który gardzi tymi, z którymi się nie zgadza. Jest też ojcem chrzestnym fasadowego Trybunału Konstytucyjnego i dobrym duchem politycznego klintelizmu, który Polacy zobaczyli przy okazji partyjnej kampanii, robionej za publiczne pieniądze przeciw sądom.

Tak czy inaczej prawica wie, jak smakuje opozycyjność, więc już dziś myśli, na jaki polityczny układ postawić, by wciąż być przy – używając języka prawicy – korycie.

2.

Jarosław Kaczyński, jak wiemy, ma dziś na prawicy rząd dusz. Ale, co rozumieją tacy publicyści dobrej zmiany jak Piotr Zaremba czy Rafał Ziemkiewicz, o sukcesie wyborczym decyduje wyborca centrowy. A ten może nie przełknąć Kaczyńskiego, jakiego dziś widzimy – czy to w Sejmie, krzyczącego do opozycji „mordy zdradzieckie”, które zamordowały mu brata, czy to w czasie miesięcznic smoleńskich, ogrodzonego kordonem policji i ocierającego się o śmieszność, gdy raz koleiny mówi o zbliżaniu się do „prawdy”.

Ta część bardziej cywilizowana część prawicy chciałaby, aby Kaczyński miał więcej cech prezydenta Dudy: potrafiącego, gdy chce, mówić językiem pojednawczym, pozorującego również pojednawcze gesty wobec opozycji. Krótko: ta część prawicy chciałaby, by Kaczyński był tym, kogo widzieli w kampanii wyborczej – wycofanego, zarządzającego z tylnego siedzenia, mówiącego, przykładowo, o „pakiecie demokratycznym”.

Prezydent Duda z kolei – szczególnie przez twardą prawicę, skupioną wokół mediów braci Karnowskich – nie jest postrzegany jako polityczny zawodnik wagi ciężkiej. Dlatego Andrzej Duda, którego Kaczyński nawet nie udaje, że traktuje serio, postanowił przypakować polityczne mięśnie. Zawetował dwie pisowskie ustawy. Ale nie zrobił tak dlatego, by chronić niezależność sądów i trójpodział władzy. A tym samym nas, obywateli. Zrobił to, by napisać ustawy „pod siebie”, zwiększając swoje uprawnienia, a więc siłę politycznego rażenia.

Nie ma znaczenia, że jako strażnik konstytucji przy okazji projektowanych ustaw łamie ustawę zasadniczą. Dudzie idzie o to, by w wewnątrzpisowskiej i wewnątrzprawicowej wojnie mieć w ręku dobrą kartę przetargową.

Prezydent Duda, żeby zerwać z wizerunkiem Adriana, wciąż czekającego pod drzwiami Kaczyńskiego, musi prężyć muskuły. Co więcej, jest do tego prężenia muskuł namawiany przez takich ludzi jak Jarosław Gowin, który ma duże ambicje polityczne. Zarazem krakowski polityk wie, że nigdy – jako były Platformers – nie zyska uznania w oczach twardego elektoratu prawicy. Kibicuje Dudzie, by wokół prezydenta powstała „cywilizowana prawica”. A w takim projekcie Gowin widzi siebie na najwyższych stanowiskach państwowych. Nie wykluczając premierostwa.

3.

Czy jest jednak możliwe, żeby Andrzej Duda, który nawet dla dużej części prawicy jest Adrianem, stał się drugim Kaczyńskim? I czy jest szansa, by prezes spuścił z tonu – porzucił swoje wizje wrogów, nie mówiąc już o zemście, jaką poprzysiągł Donaldowi Tuskowi? I by oddał część swojej politycznej władzy?

Otóż wydaje się, że taka zamiana ról nie wchodzi w grę. Kaczyński nie jest sobą, gdy zamienia się w gołąbka pokoju. Z drugiej strony Duda nie ma najmniejszych szans, by przejąć rząd dusz na prawicy. Dlatego będziemy raczej obserwatorami coraz brutalniejszej wojny w prawicowym obozie, którą w zasadzie Kaczyński wygrał. Andrzej Duda, łamiąc konstytucję, już dawno przestał być wiarygodnym politykiem dla liberalnego elektoratu. Dziś, rzucając rękawicę Kaczyńskiemu i rozpychając się na prawicy, traci wiarygodność także w obozie władzy. Tak czy siak żywot prezydenta jest nie do pozazdroszczenia.

makowski.blog.polityka.pl

Kard. Nycz: Proszę Boga, by nie został zachwiany fundament trójpodziału władzy

Dzisiaj, 28 września 2017

Proszę Boga, żeby nic złego się nie stało, żeby nie został zachwiany żaden fundament w trójpodziale władzy i służbie na rzecz państwa i człowieka – mówił kard. Kazimierz Nycz w homilii podczas mszy z okazji jubileuszu 100-lecia Sądu Najwyższego. Zwracając się do sędziów, podkreślił: „Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość”. We mszy uczestniczyli m.in. pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf i jej poprzednik z lat 1990-1998 prof. Adam Strzembosz.

Proszę Boga, żeby nic złego się nie stało, żeby nie został zachwiany żaden fundament w trójpodziale władzy i służbie na rzecz państwa i człowieka - mówił kard. Kazimierz Nycz w homilii podczas mszy z okazji jubileuszu 100-lecia Sądu Najwyższego. Zwracając się do sędziów, podkreślił: "Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość". We mszy uczestniczyli m.in. pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf i jej poprzednik z lat 1990-1998 prof. Adam Strzembosz.
Kard. Kazimierz Nycz/Michał Dukaczewski /Archiwum RMF FM

Metropolita warszawski zaznaczył w homilii, że kiedy kilka miesięcy temu planował tę mszę, „nikt nie przypuszczał, że w czasie obchodów jubileuszu Sąd Najwyższy tak bardzo znajdzie się w centrum zainteresowania”.

Nikt nie przypuszczał, że jubilat się znajdzie w takiej sytuacji głębokiej troski o samą instytucję i ludzi i jednocześnie głębokiej obawy o jej przyszłość. I w tym kontekście – mimo wszystko – głębokiej nadziei, że mądrość zwycięża i że w tym wypadku też zwycięży– podkreślił hierarcha.

Zaznaczył, że podczas tej mszy prosi Boga, „żeby nic złego się nie stało, żeby nie został zachwiany żaden fundament w tym, co nazywamy trójpodziałem władzy i służbą na rzecz państwa i na rzecz człowieka”.

Kard. Nycz przypomniał, że Kościół wspomina dzisiaj króla czeskiego św. Wacława, który stał się męczennikiem, ponieważ „potrafił obronić swoje przekonania i słuszne decyzje”.

Święty Wacław oddał swoje życie za swoje przekonania i dzisiaj jest dla nas wzorem takiej właśnie postawy, kiedy człowiek musi być zdolny i gotowy, i mocny, by bronić swoich przekonań i zasad– mówił metropolita.

Zaznaczył, że słowa z listu św. Piotra Apostoła: „Błogosławieni jesteście, gdybyście cierpieli dla sprawiedliwości”, odnoszą się do każdego z obecnych w katedrze, służących ojczyźnie „w tym miejscu, w którym społeczeństwo was postawiło”.

Przytoczył też inne słowa apostoła: „Starajcie się ocalić sprawiedliwość”.

Podkreślił, że należy „robić wszystko, żeby zachować czyste sumienie i wierność swoim przekonaniom”. Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość– mówił hierarcha.

Dodał, że drugim wymiarem tej samej sprawy jest staranie o zachowanie wolności i niezawisłości wewnętrznej. Tego nikt wam nie może zabrać. Ważne, żeby między jednym i drugim, troską o niezawisłość zewnętrzną i wewnętrzną, była spójność– zaznaczył.

Przypomniał historię Sądu Najwyższego: kiedy 1 września 1917 roku w warszawskiej archikatedrze zgromadzili się przedstawiciele „powoli rodzącego się państwa wraz z pierwszym prezesem SN”.

Zwrócił uwagę, że Sąd Najwyższy został powołany na rok przed powstaniem wolnego państwa polskiego: Objawiła się wtedy mądrość ludzi tamtego czasu. Tej mądrości możemy się dziś uczyć od tych, którzy powoływali Sąd Najwyższy.

Na zakończenie prof. Gersdorf podziękowała kard. Nyczowi za odprawienie mszy. Jest nam ona bardzo potrzebna, bo żyjemy w ciężkich dla nas czasach. Ona daje nam drogowskaz, jak mamy robić i jak mamy czynić– podkreśliła.

Sąd Najwyższy został utworzony 1 września 1917 roku– ponad rok przed uzyskaniem przez Polskę niepodległości – na mocy przepisów o tymczasowym zorganizowaniu sądów polskich. Uroczystość jego otwarcia odbyła się w Pałacu Rzeczypospolitej, a poprzedziła ją msza w archikatedrze warszawskiej. SN stał się najwyższą instancją ukształtowanego wówczas nowego systemu sądownictwa polskiego. Stanowisko pierwszego prezesa SN objął Stanisław Pomian-Srzednicki.

Obecnie Sąd Najwyższy jest naczelnym organem władzy sądowniczej w Polsce. Sprawuje nadzór nad działalnością sądów powszechnych i wojskowych w zakresie orzekania i wykonuje inne czynności określone w konstytucji i ustawach.

Czytaj więcej na 
http://www.rmf24.pl/raporty/raport-batalia-o-sady/fakty/news-kard-nycz-prosze-boga-by-nie-zostal-zachwiany-fundament-troj,nId,2446198#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

rmf24.pl 

 

CZWARTEK, 28 WRZEŚNIA 2017, 15:07

 

Gowin o wyborze sędziów KRS: Sądzę, że Sejm nie przyjmie rozwiązania prezydenta

– Woli politycznej po stronie opozycji nie było [do zmiany Konstytucji], w związku z tym musimy się teraz wszyscy nagimnastykować, jak w inny sposób rozwiązać sytuację tego potencjalnego, bardzo prawdopodobnego pata przy wyborze członków KRS. To, co zaproponował prezydent, aby każdy poseł miał jeden głos, jest interesującym rozwiązaniem. Pytanie czy konstytucyjnym. Nie mam tu jasności. Wypowiedział się na razie wiceminister sprawiedliwości. On nie jest alfą i omegą, tym nie mniej może mieć rację, że to rozwiązanie niekonstytucyjne – stwierdził Jarosław Gowin w rozmowie z wPolsce.pl.

– Sądzę, że ostatecznie Sejm takiego rozwiązania nie przyjmie. Wobec tego musimy wspólnie z prezydentem szukać jeszcze jakiegoś innego rozwiązania – dodał wicepremier.

14:51

 

Senat przyjął ustawę o Narodowym Instytucie Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Izba wyższa przyjęła bez poprawek ustawę o Narodowym Instytucie Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Nowa instytucja ma zająć się wspieraniem organizacji pozarządowych, w tym rozdzielaniem przeznaczonych dla nich dotacji. Według opozycji, to kaganiec na organizacje pozarządowe, bo pieniądze mają dostać tylko wierni. Teraz ustawa trafi do prezydenta.

14:46

 

„PiS zagrabił pieniądze europejskie” – Platforma zwraca się do PKW i prokuratury

– Dowiadujemy się dzisiaj o kolejnej gigantycznej aferze PiS-u. PiS sięgnął, zagrabił pieniądze europejskie. Dowiedzieliśmy się iż w 2015 roku PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie wykorzystali pieniądze europejskie do nielegalnego finansowania kampanii PiS-u w 2015 roku. Złamali dwukrotnie polskie prawo – ordynację wyborczą i ustawę o finansowaniu partii politycznych – mówił Sławomir Nitras na briefingu w Sejmie.

– W dniu dzisiejszym klub PO zwróci się do PKW z wnioskiem w tej sprawie. Zwrócimy się jednocześnie z wnioskiem do prokuratury, dlatego że złamano polskie prawo – dodał poseł PO. Według Nitrasa, ta sprawa zmusza PKW do weryfikacji sprawozdania finansowego PiS-u i – jego zdaniem – PKW powinno wszcząć postępowanie w tej sprawie.

Platforma wnioskuje też o wyłączenie się ze sprawy Zbigniewa Ziobry, a także Bogdana Święczkowskiego.

13:24

 

Sasin: Komisja śledcza ds. VAT powstanie, ale to nie oznacza, że od razu ruszy. Ruszy nie wcześniej niż w połowie 2018 roku

– Myślę, że ona [komisja śledcza ds. VAT] ma szanse powstać tuż tuż. Jest wniosek w Sejmie. Tuż tuż to bliżej niż do końca kadencji. To nie oznacza, że ta komisja od razu ruszy, bo nie ma takiej fizycznej możliwości. W tej chwili w parlamencie działa już komisja śledcza ds. Amber Gold, działa komisja weryfikacyjna. Politycy się znajdą, ale Sejm nie jest z gumy. Są problemy lokalowe w tej chwili, mogę to powiedzieć jako szef komisji finansów – mówił Jacek Sasin w rozmowie z wPolsce.pl.

Na pytanie, czy komisja ds. VAT nie ruszy dopóki nie zakończy prac komisja ds. Amber Gold, poseł PiS odpowiedział że „z dużą dozą prawdopodobieństwa można tak założyć, że tak będzie”.

Jak dodał, warto powołać komisję [ds. VAT] wcześniej, zanim tamta [ds. Amber Gold] skończy swoją pracę, ale powołać ją i wybrać jej członków po to, żeby oni się mogli starannie i rzetelnie przygotować do pracy. – Te pół roku na taką pracę, która będzie może mało widowiskowa, ale potrzebna do tego, żeby potem skutecznie pracować, trzeba dać członkom komisji – stwierdził Sasin.

– W sposób widoczny dla opinii publicznej komisja ruszy nie wcześniej niż w połowie przyszłego roku – dodał.

12:21

 

Nowoczesna apeluje do PiS o nieprocedowanie ustawy o dostępie do broni

– Statystyki w USA wskazują: codziennie, od broni palnej, ginie 4 dzieci (…) Im więcej broni na ulicach, tym większe ryzyko, że zostanie użyta. Broń jest do tego, żeby zabijać – mówił Ryszard Petru w Sejmie.

– Dając ludziom broń, spuszczamy ze smyczy ciemną stronę ludzkiej osobowości. Apeluję do partii o odrzucenie ustawy w pierwszym czytaniu. Apeluję do PiS o dalsze nieprocedowanie tej ustawy – dodał lider Nowoczesnej.

– Uwolnienie prawa dostępu do broni to zafundowanie w Polsce dzikiego zachodu. Każda osoba będzie mogła mieć dostęp do broni. W brzmieniu tego projektu, tylko lekarz POZ będzie decydował o zdatności do wykorzystania broni. Nie możemy się godzić na takie rozwiązania, musimy bronić naszego bezpieczeństwa – stwierdził Paweł Kobyliński.

300polityka.pl

CZWARTEK, 28 WRZEŚNIA 2017 

STAN GRY: Fakt: Piwnik stanie na czele KRS, Gazeta Polska: Soloch do dymisji, Osiecki: Od relacji z PAD zależy czy PiS będzie rządził czy administrował

— 300LIVE: Solidarność mocno przeciw PiS, Biedroń o ogarnięciu się przez Schetynę i Petru, Łapiński: Zwróciłem uwagę prezydentowi, że warto prześledzić w poniedziałek tygodniki 
http://300polityka.pl/live/2017/09/28/

— TVPIS STRZELA DO BALCEROWICZA. PUDŁO – pisze Witold Gadomski w GW: “Materiału na aferę nie ma, choć dyrektor Departamentu Audytu Wewnętrznego NBP Andrzej Diakonow złożył doniesienie do prokuratury. Diakonow to były działacz Porozumienia Centrum i PiS-u, który w 2003 r. sam się znalazł pod obstrzałem prokuratury, oskarżony o niegospodarność w spółce CIECh-u. Zrzekł się wówczas mandatu poselskiego i w oświadczeniu napisał: „Domyślam się, że prawdziwą moją winą jest aktywna praca w partii PiS”.

— DALEJ GADOMSKI O RZEKOMEJ AFERZE: “Brak materiału na aferę nie przeszkodził Anicie Gargas w snuciu opowieści. Widzowie dowiedzieli się, że Fort Zegrze był tajnym obiektem, w którym władze PRL-u mogły się ukryć na wypadek wojny atomowej (co to ma wspólnego z sednem sprawy?), po raz kolejny usłyszeliśmy podsłuchaną rozmowę Marka Belki z Bartłomiejem Sienkiewiczem, a autorka audycji tajemniczo pytała: kto na transakcji zyskał? Oczywiście nie odpowiedziała, bo transakcja była prowadzona w ramach sektora instytucji publicznych. Ale jak zwykle nie chodziło o prawdę, tylko o to, by opluć wybitnego przeciwnika „dobrej zmiany”. 
http://wyborcza.pl/7,75968,22433841,tvpis-strzela-do-balcerowicza-pudlo.html

— STANISŁAW TYM O TYM CO DZIŚ ROBI OCHÓDZKI: “Przypuszczam, że dziś jest prezesem spółki Skarbu Państwa i zasiada w dziesięciu radach nadzorczych. Ochódzki ma tyle lat, co ja, czyli osiem dych, więc to młody facet w wieku, kiedy można sobie zacząć układać życie!”

— TYM GRATULUJE GÓRSKIEMU UCHA: “Nieregularnie, bo to jest w Internecie, a ja nie mam komputera. Ale wiem, o co chodzi i bardzo Robertowi Górskiemu gratuluję. Znam człowieka, wiem, że jest świetny. Chyba muszę w końcu przysiąść i obejrzeć wszystkie odcinki, bo wstyd, że mówię o tym, czego nie widziałem, zupełnie jak nasz minister kultury”. 
http://www.rp.pl/Sztuka/309279913-Stanislaw-Tym-Rysunek-to-destylat-mysli.html?template=restricted

— MAREK JAKUBIAK W NAJNOWSZYM PROGRAMIE AUTORA STANU GRY NA WP.PL M.IN O GEJACH W ARMII I JAK TO JEST BYĆ NAJBOGATSZYM W SEJMIE:
https://wiadomosci.wp.pl/kto-nami-rzadzi-podobno-najbogatszy-polski-posel-marek-jakubiak-na-spacerze-z-lukaszem-mezykiem-6170941990242433a

— STANISŁAW GOMUŁKA O MORAWIECKIM (w RZ): “– Największy minus postawiłbym Morawieckiemu za brak wyników w realizacji celów strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju – zaznacza Gomułka. – To znaczy brak wzrostu udziału inwestycji krajowych w PKB i brak postępów w tworzeniu konstytucji dla biznesu, szczególnie w zakresie zasad stosowania prawa dla przedsiębiorców – wylicza. I dodaje, że jeśli Morawiecki zgodził się objąć tekę ministra finansów dla wzmocnienia swojej pozycji w rządzie, to trudno dziś ocenić, czy ten cel został osiągnięty”. 
http://www.rp.pl/Finanse/309279888-Mateusz-Morawiecki-Superpremier-na-jednej-nodze.html?template=restricted

— JACEK KARNOWSKI O RACHUBACH PIS WS REFORMY ZAPROPONOWANEJ PRZEZ PAD: “Projekt musi więc zostać albo poddany daleko idącym zmianom, albo zostanie całkowicie porzucony. Prawo i Sprawiedliwość jest przekonane, że bez gwarancji powodzenia reform w sądownictwie nie warto przyjmować żadnych ustaw. Ale pełnej odpowiedzi jeszcze nie ma, trwają analizy”. 
https://wpolityce.pl/polityka/359701-co-wynika-z-propozycji-prezydenta-pytanie-stawiane-przez-pis-brzmi-czy-daja-one-zwolennikom-zmian-bezpieczna-wiekszosc-w-krs-odpowiedz-raczej-nie

— JAN ŚPIEWAK O REFORMIE SĄDÓW: “Czy reforma sądów zmieni to, że warszawscy oligarchowie nie będą już ciągać po sądach ludzi, którzy walczą o nasze miasto, korzystając ze swoich konstytucyjnych praw i wolności? Ludzi, którzy po prostu chcą przejrzystości w procesach decyzyjnych? Chcą by miasto rozwijało się pod potrzeby mieszkańców a nie deweloperów? Uproszczą i skrócą postępowania? Oczywiście, że nie. Kolejny skok na stołki. Upartyjnienie kolejnego obszaru naszego państwa. Partie niszczą ten kraj”. 
https://www.facebook.com/janekspiewak/posts/10154760924816533

— BARBARA PIWNIK BĘDZIE SZEFOWĄ KRS – pisze Fakt: “Gdy w 2001 r. Leszek Miller (71 l.) ogłosił, że ministrem sprawiedliwości w rządzie SLD-PSL zostanie sędzia Barbara Piwnik (62 l.), dla wielu to był szok. Jeśli powstanie Krajowa Rada Sądownictwa w nowym składzie i ona zostanie jej szefem – jak dowiaduje się Fakt – szok powinien być mniejszy”. 
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/pis-powola-do-krs-barbare-piwnik-byla-minister-sprawiedliwosci-za-sld/1vdh0cd

— ERA ZBROJNEGO POKOJU – pisze Grzegorz Osiecki w DGP: “Widać, że nabrzmiewa konflikt Pałacu Prezydenckiego z resortem sprawiedliwości, iskrzy też na innych polach, np. z MON. To może zapowiadać erę zbrojnego pokoju w życiu politycznym – nieustanne utarczki wewnątrz obozu, który w 2015 r. wygrał podwójne wybory, będą przerywane okresami strategicznych porozumień”.

— OD OBECNYCH ROZSTRZYGNIĘĆ ZALEŻY CZY PIS BĘDZIE RZĄDZIŁ CZY ADMINISTROWAŁ – pisze dalej Osiecki: „Jeśli PiS uzna, że nie ma sensu siłować się z Andrzejem Dudą, to zapewne nie będzie próbował wychodzić z innymi radykalnymi rozwiązaniami, bojąc się ich utrącenia. A może wręcz przeciwnie – będzie je zgłaszał tylko po to, by prezydent je odrzucił i można było powiedzieć wyborcom: chcieliśmy, ale prezydent zablokował. Jak mówi część polityków PiS i sprzyjających tej partii publicystów, od obecnych rozstrzygnięć zależy, czy w dalszej części kadencji PiS będzie rządził czy administrował”. 
http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/559152,opinia-na-temat-spor-prezydent-i-pis.html

— BRONISŁAW WILDSTEIN O PAD: “Chce odgrywać rolę podmiotową, sądzę, że umacnia swoją pozycję. Pokazał, że jest jednym z głównych rozgrywających, część PiS-u musi się do tego przyzwyczaić. Prezydent wykonuje publicznie gesty koncyliacyjne”. 
https://wpolityce.pl/polityka/359824-bronislaw-wildstein-utrzymanie-status-quo-w-wymiarze-sprawiedliwosci-to-zatrzymanie-realnych-glebszych-zmian

— DUDA NIE CHCE REWOLUCJI W SĄDOWNICTWIE – GPC: “Prezydent nie łagodzi swojej retoryki dotyczącej reformy sądownictwa. Po zaprezen‐ towaniu swoich projektów ustaw, co do których w obozie PiS‐u zaistniały wątpliwości, wciąż ich broni i zapowiada, że z kluczowych postulatów wycofać się nie zamierza. Chodzi m.in. o wygaszenie kadencji sędziów Sądu Najwyższego”. 
http://gpcodziennie.pl/69250-dudaniechcerewolucjiwsadownictwie.html

— DOROTA KANIA O SOLOCHU W GPC: “ to jest największy problem: Biuro Bezpieczeństwa Na- rodowego nie jest miejscem zabawy, lecz poważną pla- cówką zajmującą się bezpie- czeństwem państwa. I dlatego warto, by tę placówkę potraktować z należytą powagą i odpowiedzialnością”. 
http://gpcodziennie.pl/69257-klopotszefabbn-u.html

— W GAZECIE POLSKIEJ TEKST KATARZYNY HEJKE ŻĄDAJĄCY DYMISJI SOLOCHA.

— WIELKIE CZYSZCZENIE W ABW – piszą Izabela Kacprzak i Grażyna Zawadka w RZ: “Na pewno w grupie zwalnianych do końca roku – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – mają znaleźć się wszyscy byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, którzy zostali pozytywnie zweryfikowani do UOP na początku lat 90., a potem trafili do Agencji. Jednak nie tylko oni. Nasi informatorzy twierdzą, że wśród tych, którzy właśnie złożyli wnioski o odejście, są doświadczeni funkcjonariusze z pionów kontrwywiadowczych zajmujących się Bliskim Wschodem. – Nie ma kto ich zastąpić, bo trzeba znać arabski i posiadać świetne rozeznanie tego środowiska – mówi nam jeden z ludzi służb. Ze stanowiskiem miał pożegnać się również szef departamentu ds. walki z terroryzmem w centrali ABW”.

— RADYKALIZM OGRANICZA, A NIE ZWIĘKSZA POTENCJAŁ WYBORCZY – pisze w RZ Michał Szułdrzyński: “Radykalizm raczej ogranicza, a nie zwiększa potencjał zdobywania nowych wyborców. Dlaczego ma więc tak wielu orędowników po prawej stronie? Chodzi o legitymizację własnej postawy. Spora część środowisk radykalnych popiera twardą linię, by dowieść swej prawowierności. Stają na czele rewolucyjnej awangardy, niosą ogień wierności linii partii i jej prezesa. (…)  Jeśli linia prawicy będzie bardziej umiarkowana, środowiska zagrzewające PiS do rekonkwisty nie tylko stracą legitymację, ale również monopol na rząd dusz po prawej stronie. I tego boją się najbardziej”. 
http://www.rp.pl/Analizy/170929073-Michal-Szuldrzynski-Ostra-walka-o-rzad-dusz.html?template=restricted

— EUROKOMBINATORZY – jedynka GW (Agata Kondzińska, Bartosz Wieliński): “Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy nie mieli prawa finansować za unijne pieniądze katowickiej konwencji PiS w 2015 r. To wynik śledztwa „Wyborczej”, holenderskiego dziennika „NRC Handelsblad” i belgijskiego portalu Apache.be”. 
http://wyborcza.pl/7,75398,22436116,unijne-pieniadze-finansowaly-konwencje-pis-kontrolerzy-parlamentu.html

— WARSZAWA – MASTO DUCHÓW – jedynka DGP o reprywatyzacji (Patryk Słowik): „DGP” dotarł do dowodów na to, że stołeczny ratusz bez większego zastanowienia wydawał decyzje reprywatyzacyjne na rzecz osób, które od dziesięcioleci nie żyją”. 
http://nieruchomosci.dziennik.pl/news/artykuly/559155,afera-reprywatyzacyjna-przejmowanie-kamienic-ludzie-128-lat.html

— 54% PRZECIW ZAKAZOWI HANDLU W NIEDZIELE – sondaż SE: 
http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/polacy-nie-chca-zakazu-handlu-w-niedziele-sondaz-se-pl-i-nowa-tv_1020032.html

— ŚNIADEK: CO DRUGA NIEDZIELA WOLNA: “- Od 1 stycznia zakupy będą możliwe tylko w co drugą niedzielę – mówi Radio TOK FM Janusz Śniadek, przewodniczący sejmowej podkomisji ds. rynku pracy”. 
http://m.tokfm.pl/Tokfm/7,109983,22434559,od-1-stycznia-zakupy-beda-mozliwe-tylko-w-co-druga-niedziele.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

— PLATFORMA POPRZE ZAOSTRZENIE PRZEPISÓW ANTYALKOHOLOWYCH RZĄDU – jak pisze w RZ Wiktor Ferfecki: “Najbardziej widocznym elementem nowelizacji będzie przesunięcie godzin dopuszczalnej reklamy piwa w telewizji. Obecnie jest ona możliwa między godz. 20 a 6 rano. Resort chce ustalić przedział między godz. 23 a 6. Po co te zmiany? Z uzasadnienia projektu, do którego dotarła „Rzeczpospolita”, wynika, że w Polsce spożywa się więcej alkoholu w przeliczeniu na mieszkańca, niż wynosi średnia unijna, co powoduje 10 tys. zgonów rocznie. Resort przypomina, że zdaniem WHO spożycie będzie szybko rosło. – Mamy problem z alkoholizmem, a te zmiany idą w dobrym kierunku – ocenia Beata Małecka-Libera, wiceminister zdrowia w rządzie PO”. 
http://www.rp.pl/Rzad-PiS/170929063-Rzad-kontra-procenty.html

— ŁATWIEJ KUPIĆ ALKOHOL NIŻ CHLEB – Tomasz Krzyżak w RZ: “Od początku września „po kielichu” prowadziły 5962 osoby – niewielkie miasteczko. Średniej wielkości miastu udało się zapewne uniknąć policyjnej kontroli. Skoro przy miastach jesteśmy, to w weekend łatwiej w nich kupić alkohol aniżeli chleb. Bo rzeczywistość jest prozaiczna. Na alkoholu zarabiają wszyscy. (…) Liczy się zysk. Stacje benzynowe już dawno odeszły od swych podstawowych funkcji i zmieniły się w stacje tankowania trunków wysokoprocentowych”. 
http://www.rp.pl/Komentarze/170929069-Tomasz-Krzyzak-Czas-otrzezwiec.html?template=restricted

— GLIŃSKI ZASPOKAJA RADYKALNE ZAPLECZE POLITYCZNE, ALE DLA NIEGO I TAK BĘDZIE PODEJRZANY – Witold Mrozek w GW: “Gliński uprawia swoje szantaże czy demoluje Stary Teatr w Krakowie, by zaspokoić radykalne zaplecze polityczne, dla którego i tak będzie podejrzany, dopóki nie zamieni całej polskiej kultury w bogoojczyźniany skansen, czego dokonać nie jest w stanie. Część radykalnych wyborców chciałaby całkowitej likwidacji resortu kultury – jak w USA, gdzie jego namiastkę pozbawia właśnie resztek pieniędzy Donald Trump. Część – zamienienia ministerstwa w zwyczajny komisariat polityczny. Gliński kroczy po równi pochyłej. Cokolwiek by zrobił, w prawicowych portalach chór komentatorów i tak śpiewać będzie na starą melodię: „Wiesław, śmielej!”. 
http://wyborcza.pl/7,112395,22436516,kultura-kontra-cenzura-minister-glinski-jednosobowo-decyduje.html

— O WAŻNOŚCI WYBORÓW ZADECYDUJE NOWA IZBA SĄDU NAJWYŻSZEGO WYBRANA PRZEZ PIS I DUDĘ – Łukasz Woźnicki w GW: “Prezydent Andrzej Duda chce utworzyć w Sądzie Najwyższym nową izbę od spraw publicznych i przekazać jej m.in. rozstrzyganie o ważności wyborów. Kto będzie tam orzekał? Prezydent zdecyduje o tym razem z KRS kontrolowaną przez PiS”. 
http://wyborcza.pl/7,75398,22433990,ukryta-zmiana-w-reformie-prezydenta-prezydent-z-pis-em-moga.html

300polityka.pl

Mistrz mowy nienawiści

Mistrz mowy nienawiści

   28 września 2017

Ten młody człowiek był i jest! kwintesencją ksenofobii, połączonej z kibolskim zapałem i zupełną ignorancją w sprawach wiary.

Jacek Międlar – złote dziecko Kościoła – został właśnie skazany na pół roku ograniczenia wolności i 30 godzin społecznej pracy (miesięcznie). Będzie się odwoływał, choć to wyrok kuriozalnie niski dla kogoś, kto systematycznie, podczas kazań, siał nienawiść wzorując się na najlepszych wzorach nazistowskiego antysemityzmu. Z ambony wywrzaskiwał o „pasywnym, tchórzliwym, żydowskim motłochu”, a na Twitterze pisał o posłance Joannie Scheuring-Wielgus, która doniosła na niego do prokuratury: „kiedyś była dla niej brzytwa, dzisiaj prawda i modlitwa”. Zdanie to jest nota bene jego największym osiągnięciem intelektualnym – Międlar z dumą je cytuje na swoich stronach internetowych. Bo jednak pluć jest łatwo, ale rym stworzyć – to niemałe zadanie! Międlarowi się udało! Ciekawe, co mu się uda podczas prac społecznych, które zasądził sąd?

Ten młody człowiek był (jest!) kwintesencją ksenofobii, połączonej z kibolskim zapałem i zupełną ignorancją w sprawach wiary. Nie wiadomo, jak trafił do Kościoła, bo powinien wodzić rej na wszystkich manifestacjach narodowców. Mnóstwo w nim żarliwej wiary, która z religią czy patriotyzmem nie ma jednak nic wspólnego. Manifestacje i zadymy – to jego świat. Ksiądz Międlar chodził jednak w księżej sukience, miał święcenia, wznosił oczy ku niebu, modlił się, klęczał przed świętym sakramentem, spowiadał, nauczał, uczestniczył w liturgii i był latami hołubiony przez swoich przełożonych. Niepojęte? No właśnie. Jak Kościół mógł trzymać kogoś takiego w swoich szeregach? Ślepota? Obojętność? Czy też cicha zgoda na ten typ posługi? Pan Międlar chwilowo jest poza Kościołem i zapewne trafił tam gdzie jego miejsce, czyli na trybuny stadionowe lub w szeregi narodowców. Zapewne jest dla nich lokalnym bogiem; wygadany, krzykliwy, bez zahamowań; mistrz mowy nienawiści. Takich się dziś ceni.

Nie on jednak jest problemem. Hałaśliwych gęgaczy, którzy leczą swoje kompleksy nienawistnymi wrzaskami, jest mnóstwo (dziś ich czas). Problemem jest Kościół, w którego szeregach funkcjonują takie postacie. Co takiego dzieje się w tej instytucji, że jest w stanie wykształcić i chronić osoby, które stanowią zaprzeczenie chrześcijaństwa? Kościół jest dziś zupełnie pasywny wobec fali nacjonalizmu i faszyzujących młodzieńców (tudzież brunatnych panien), którzy moszczą się w jego łonie. I żeby nie było wątpliwości: Jezus nie ma z tym nic wspólnego.

Magdalena Środa

koduj24.pl

„To walka nie o wolne sądy, tylko o wolne wybory, media i demokrację”. Adwokaci o skardze nadzwyczajnej

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM, 28.09.2017

Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Prezydent w swoich projektach zawarł instytucję skargi nadzwyczajnej. To ma być nowość, służąca obywatelom, którzy czują się skrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. – Tu chodzi o wolne wybory, wolność pracy i inne konstytucyjne wolności – mówi TOK FM jeden z adwokatów.

W zaproponowanych przez Andrzeja Dudę zmianach prawa jest mowa m.in. o skardze nadzwyczajnej – nowym instrumencie, skierowanym do tych, którzy mają głębokie poczucie krzywdy, spowodowanej orzeczeniami sądów.

Prezydent mówił o tym, że taka skarga pozwoli obywatelom odzyskać wiarę w sprawiedliwość i państwo prawa. O nowym pomyśle prezydenta rozmawiamy z dwoma adwokatami, Bartoszem Przeciechowskim i Krzysztofem Sokołowskim. Poniżej dwugłos dwóch mecenasów.

Mecenas Bartosz Przeciechowski, członek Naczelnej Rady Adwokackiej i zarządu Stowarzyszenia im. Prof. Z. Hołdy: Spróbowaliśmy jako adwokaci oszacować skalę zjawiska, czyli w ilu sprawach może być wniesiona skarga nadzwyczajna. Jeśli przyjąć, że z kilkunastu milionów spraw, które co roku wpływają do polskich sądów, pozostawimy tylko sprawy sporne (spór na linii jednostka-państwo czy między jednostkami) i mając na uwadze, że propozycja prezydenta mówi o tym, że skarga nadzwyczajna może być wniesiona od orzeczeń, które uprawomocniły się od października 1997 roku – to w grę może wchodzić kilka milionów wniosków o skargę nadzwyczajną. Czyli potencjalnie czeka nas zalew takich skarg.

Mecenas Krzysztof Sokołowski, adwokat, syn znanego działacza Solidarności z WSK Świdnik (Andrzej Sokołowski kierował Komitetem Strajkowym w WSK do pacyfikacji zakładu): Zaproponowane przez prezydenta zmiany nie wprowadzają żadnych rozwiązań, które usprawniałyby pracę sądów. Nie ma tam ani jednego zapisu, który pozwoliłby na przyspieszenie postępowań, na ich usprawnienie, na wzrost jakości orzecznictwa.

B.P: Nierzadko adwokaci, w swojej praktyce sądowej, stykają się z orzeczeniami, które budzą ich wątpliwości. I bywa, że po dwóch instancjach dalej nie mają już ścieżki odwoławczej, choćby w sprawach karnych, gdy sąd nie wymierzył kary bezwzględnego pozbawienia wolności. Ale, by zweryfikować takie orzeczenie i usunąć wątpliwości nie jest konieczne – jak chce prezydent – utworzenie całkiem nowej instytucji, która tworzy jakaś paralelny świat w stosunku do rzeczywistości i trybów procedur sądowych. Łatwiej chyba byłoby wprowadzić pewne zmiany w procedurach, które już istnieją.

K.S.: O co więc chodzi? Wiemy o tym, że Trybunał Konstytucyjny został sparaliżowany. Dlatego sędziowie Sądu Najwyższego podnosili, że należy powrócić koncepcje stosowania Konstytucji wprost – przez sądy powszechne. Rządzący stanęli więc przed dylematem, co zrobić? Bo zrozumieli, że to, o co im chodziło, czyli wyjęcie ich działalności ustawodawczej i wykonawczej spod kontroli Trybunału Konstytucyjnego i sądów, jest zagrożone, bo mimo sparaliżowania TK nadal ta kontrola może być sprawowana przez sądy i Sąd Najwyższy.

Dziś ten projekt zmierza tylko i wyłącznie ku temu, by uniemożliwić realizację idei stosowania Konstytucji wprost. W projekcie tej ustawy jest wręcz zapis mówiący o tym, iż w przypadku rozpatrywania skargi nadzwyczajnej, jeżeli pojawi się wątpliwość, czy naruszone zostały prawa i wolności konstytucyjne obywatela, to Sąd Najwyższy nie będzie mieć uprawnienia do samodzielnego orzeczenia, że zostały one naruszone, tylko będzie musiał wystąpić do TK. W ten sposób ustawowo niejako wyrzuca się z obrotu prawnego możliwość samodzielnego powoływania się na Konstytucję przez sądy rejonowe, okręgowe i Sąd Najwyższy. Jedynym organem uprawnionym do wykładni przepisów z punktu widzenia ich zgodności z Konstytucją staje się TK, który – jak obecnie funkcjonuje – wszyscy widzimy.

B.P.: Co roku do polskich sądów trafia kilkanaście milionów spraw. W części z nich wydawane są wyroki, które strony uznają za niesprawiedliwe i krzywdzące. W tej sytuacji – gdy postępowanie w sądach zostało całkowicie zakończone – strona szuka wsparcia u posłów, u prezydenta czy w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Ale do tematu trzeba podejść na chłodno. Mam przekonanie, że w wielu z tych spraw ta – subiektywnie ujmowana niesprawiedliwość – wynika po prostu z tego, że ktoś działał nieporadnie, zabrakło mu przed sądem fachowej pomocy, odpowiednio wcześnie nie poszedł do adwokata. Bo w takich sytuacjach bardzo często dochodzi do sytuacji, że apelacja jest wnoszona po terminie, pewne wnioski są zgłaszane w nieodpowiednim czasie.

Oczywiście są też takie sprawy, w których samo orzeczenie możemy uznawać za merytorycznie niewłaściwe. Ale trzeba pamiętać, że nie ma takiej możliwości, by poseł czy grupa posłów mogła zweryfikować dokładnie akta sprawy i zbadać, co mówiła druga strona, jak to wyglądało z drugiej perspektywy. A zawsze w sporze mamy przecież te dwie strony i dwa punkty widzenia. I to jest chyba pierwsze, systemowe złe założenie przy tym projekcie.

Wydaje mi się, że lekiem na patologię w wymiarze sprawiedliwości – jeśli można takiego właśnie pojęcia użyć – nie jest ścieżka zaproponowana przez prezydenta Andrzeja Dudę. Łatwiejszą ścieżką byłoby uproszczenie procedur, zwiększenie możliwości pomocy prawnej z urzędu, przekazanie szeregu spraw z sądów na zewnątrz

– np. oceną, czy ktoś się kwalifikuje do pomocy prawnej mogłyby się zajmować gminy. Poza sądy można byłoby też przenieść sprawę wpisów wieczysto-księgowych, których jest ogromna liczba.

K.S: Załóżmy, że mamy sytuację związaną z naruszeniem prawa do wolności zgromadzeń. Odwołujemy się do sądu okręgowego, bo wojewoda zabronił nam organizacji danego zgromadzenia. Sąd okręgowy, powołując się na nasze wolności, o których jest mowa wprost w Konstytucji, orzeka, że wolno nam to zgromadzenie zorganizować. Wojewoda składa apelację, a sąd apelacyjny potwierdza: można się powołać wprost na Konstytucję, bo mamy niezbywalne prawo do tego, by się gromadzić i wyrażać swoje poglądy w sposób nieskrępowany.

Dziś od tego orzeczenia nie ma skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego. I co robią rządzący w tej chwili? Chcą, by wobec sędziów, którzy wprost zastosują Konstytucję, wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Ale nie tylko. W myśl tego projektu, projektodawca chce mieć też możliwość wzruszenia takiego orzeczenia, które jest mu nie na rękę. W mojej opinii, pomysł skargi nadzwyczajnej, proponowany przez prezydenta wcale nie służby wzruszaniu orzeczeń sprzed 20 czy 15 lat – nie o to chodzi, choć taki jest przekaz, ale jest to przekaz tylko pod publikę. W rzeczywistości chodzi o coś znacznie poważniejszego – o możliwość wzruszania orzeczeń wydawanych dzisiaj przez sądy rejonowe, okręgowe, apelacyjne, od których dziś nie przysługuje skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego.

B.P: Nie zauważa się chyba tego, że skargi nadzwyczajnej nie będzie można wnosić do rozstrzygnięć, które nie podlegają Sądowi Najwyższemu, czyli do spraw sądowo-administracyjnych, którymi zajmuje się Naczelny Sąd Administracyjny i Wojewódzkie Sądy Administracyjne. Chodzi o sprawy niezwykle istotne, które dotyczą większości sporów obywatela z państwem, na przykład o podatki, o kwestie, zasiłkowe, celne. I w tych sprawach, mimo tego, że zdarzają się orzeczenia, do których można mieć zastrzeżenia – nie będzie możliwości złożenia skargi nadzwyczajnej.

K.S.: Moim zdaniem, w tej chwili nie mamy walki o wolne sądy, tylko o wolne wybory, o wolność mediów, o demokratyczne państwo. Rządzącym chodzi o umożliwienie władzy wykonawczej i ustawodawczej, które są zdominowane przez jedną formację polityczną – nieskrępowanego realizowania swoich koncepcji. To, co dziś obserwujemy, niestety prowadzi do sytuacji, w której przeciętny obywatel może nie być w stanie skorzystać ze swoich praw. Być może będą nam ograniczane podstawowe prawa – prawo do tego, czego słuchamy, co oglądamy, co czytamy. Bo de facto, zgodnie z projektem, w nowej Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w Sądzie Najwyższym będą również rozpatrywane sprawy związane z rynkiem mediów. Jeśli na dane medium zostanie nałożona kara, jeśli dane medium zostanie pozbawione koncesji, to kontrola prawidłowości tego postępowania będzie się odbywać właśnie w tej izbie. W całości wybranej przez ciało polityczne, czyli sejm i senat. No i w konsekwencji, gwarancja tego, że prawa mniejszości będą zachowane, niestety jest bardzo ograniczona.

B.P.: W uzasadnieniu do projektów prezydenta napisano m.in., że pojawienie się instytucji skargi nadzwyczajnej jest odpowiedzią na pojawiające się postulaty przywrócenia rozwiązania podobnego do rewizji nadzwyczajnej, ale dostosowanego do warunków dzisiejszego ustroju. Trzeba tu wyjaśnić wszystkim, którzy nie żyli w czasach rewizji nadzwyczajnej, czym była ta rewizja. Otóż, była to instytucja PRL-owska, która funkcjonowała jeszcze jakiś czas po 1989 roku, potem dokonano zmiany na system kasacji. Miała szeroki zakres ingerencji – mówiąc wprost – trochę sterowanej, bo Sąd Najwyższy był pod kontrolą polityków. Czy my się budzimy w rzeczywistości, która wraca, sprzed kilkudziesięciu lat? Chciałbym, aby to jednak był tylko zły sen.

TOK FM

Młodzi ludzie odpowiadają Pawłowicz. Mówią rzeczy, które powinny zawstydzić dorosłych 

 cc @RobertBiedron

Maziarski: Blamaż Andrzeja Dudy. „Obóz prezydencki” w PiS zwinął się zanim powstał

28 WRZEŚNIA 2017

Rozgrywka Andrzeja Dudy nie okazała się rzeczywistym przełomem, powstrzymującym ofensywę sił autorytaryzmu na państwo prawa. Okazała się kompletną amatorszczyzną, podważającą autorytet pałacu prezydenckiego. Pytanie, czy ten ośrodek polityczny ma w ogóle potencjał odegrać na polskiej scenie istotną rolę – pisze dla OKO.press Wojciech Maziarski

Blamaż, jakim okazały się prezydenckie projekty ustaw sądowych, postawił w trudnej sytuacji PiS-owskich dysydentów, którzy liczyli, że skupią się wokół Andrzeja Dudy.

Pesymiści twierdzili, że spór między Andrzejem Dudą a PiS-em o kształt ustaw sądowych jest grą pozorów i że projekty prezydenta będą równie złe jak te, które przygotowano w resorcie Ziobry. Optymiści mieli nadzieję, że skoro w pisaniu nowych ustaw uczestniczą poważni i szanowani prawnicy, jak prof. Michał Królikowski, to można się spodziewać rozwiązań spełniających standardy świata cywilizowanego.

Rzeczywistość zaskoczyła i pesymistów, i optymistów. Rozgrywka Andrzeja Dudy nie okazała się ani grą pozorów, ani rzeczywistym przełomem, powstrzymującym ofensywę sił autorytaryzmu na polskie państwo prawa. Okazała się kompletną amatorszczyzną, podważającą autorytet pałacu prezydenckiego i każącą zadać pytanie, czy ten ośrodek polityczny ma w ogóle potencjał umożliwiający odegranie na polskiej scenie istotnej roli.

„Jeśli tak ma wyglądać wybijanie się prezydenta na niepodległość, to nie mamy nic przeciwko”– złośliwie komentowali cytowani przez „Wyborczą” anonimowi politycy PiS. „Prezydent zaplątał się we własne nogi” –  ocenił senator Marek Borowski.

Cała sekwencja poniedziałkowych wydarzeń wyglądała jak farsa:

  • najpierw nerwowe wystąpienie wyraźnie przestraszonego Dudy i zapowiedź, że trzeba będzie zmienić konstytucję (czyli, inaczej mówiąc, że proponowane rozwiązania są niekonstytucyjne),
  • później ogłoszenie na łapu capu konsultacji w sprawie takiego drobiazgu jak zmiana ustawy zasadniczej (która – przypomnijmy – została przyjęta w 1997 roku  po wielomiesięcznych pracach i ogólnonarodowym referendum),
  • a już po kilku godzinach komunikat, że ponieważ opozycja nie chce współpracować, to prezydent wycofuje się ze swojego niekonstytucyjnego pomysłu powoływania członków Krajowej Rady Sądownictwa,
  • zamiast tego proponuje inną metodę – absolutnie dziwaczną, rodzącą pole do manipulacji i dającą większość PiS-owi. A przy tym tak samo niekonstytucyjną.
Przeczytaj też:

Trik prezydenta. PiS dostaje większość w KRS. Konstytucja złamana, Kukiz na aucie

DANIEL FLIS  25 WRZEŚNIA 2017

Takie są efekty dwumiesięcznych prac legislacyjnych, prowadzonych pod auspicjami głowy państwa przy udziale ponoć poważnych i doświadczonych specjalistów z dziedziny prawa. „Dwa miesiące mieli na przygotowanie się do gry. I co?” – sarkastycznie pytał na Twitterze publicysta tygodnika „Do Rzeczy” Piotr Semka.

Ta ustawodawcza kompromitacja Pałacu Prezydenckiego jest problemem dla całego państwa, lecz rozpatrywana w kategoriach doraźnej gry politycznej najboleśniejsza będzie dla tych, którzy w ostatnich tygodniach mieli nadzieję na zbudowanie wokół Andrzeja Dudy alternatywnego wobec Nowogrodzkiej obozu prawicy.

Ci którzy liczyli, że prezydent Andrzej Duda stanie na czele skrzydła prawicy republikańskiej mieli rację. Choć to republikanizm z republiki bananowej” – szyderczo skomentował na Twitterze konserwatywny publicysta „Rzeczypospolitej” Michał Szułdrzyński.

Przeczytaj też:

Prof. Kisilowski: Możemy stoczyć się do poziomu Rosji czy Turcji. Tylko Prezydent może dziś powstrzymać autorytaryzm. Trzeba go docenić takim, jakim jest

MACIEJ KISILOWSKI  26 WRZEŚNIA 2017

Republikanie przeciw jakobinom

Lipcowe weta Andrzeja Dudy wobec dwóch ustaw sądowych, poprzedzone zawetowaniem ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, sprawiły, że Pałac Prezydencki zaczął się jawić jako potencjalny ośrodek krystalizacyjny, wokół którego mogliby się skupić ci zwolennicy prawicy, którzy z różnych względów dystansują się od poczynań Jarosława Kaczyńskiego. A jest ich ostatnio coraz więcej, co widać zwłaszcza w środowiskach intelektualistów i publicystów.

O perspektywie ukonstytuowania się „partii prezydenckiej” wprost mówił związany z redakcją „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz. Ten przedstawiciel neoendecji od dawna już krytykuje radykalizm ludzi Kaczyńskiego, który nazywa „jakobinizmem”.

Właśnie próba przejęcia przez Zbigniewa Ziobrę kontroli nad sądami była tym punktem krytycznym, od którego niektórzy koledzy Ziemkiewicza z redakcji „Do Rzeczy”, na przykład Łukasz Warzecha, zaczęli coraz głośniej odcinać się od działań, których scenariusz pisany jest na Nowogrodzkiej.

W efekcie tygodnik redagowany przez Pawła Lisickiego w sporze między PiS-owskimi „jakobinami” a umiarkowanymi „republikanami” stał się nieformalnym organem tych drugich. Popierając zaś weta Andrzeja Dudy wobec ustaw sądowych zaczął ewoluować w stronę „obozu prezydenckiego”, którego zarysy zaczęły majaczyć na horyzoncie polskiej polityki.

Na drugim, „jakobińskim” biegunie znalazł się tygodnik „Sieci” braci Karnowskich, którzy nie tyle nawet chwalą radykalizm Kaczyńskiego, co wręcz zachęcają PiS do zaostrzenia kursu. Jednak i w tym środowisku dały się ostatnio zaobserwować objawy fermentu. Zastępca redaktora naczelnego Piotr Zaremba na początku września zrezygnował ze stanowiska i odszedł z redakcji. Rozstanie odbyło się po cichu i ponoć w przyjacielskiej atmosferze, lecz dla postronnych obserwatorów było oczywiste, że „jakobiński” radykalizm Jacka Karnowskiego był nie do pogodzenia z „republikańskim” umiarkowaniem Zaremby.

Zaremba już wcześniej praktycznie nie publikował w swym własnym tygodniku tekstów politycznych, a jedynie poświęcone kulturze i książkom. Artykuły o tematyce politycznej ogłaszał w innych mediach (np. w „Teologii politycznej”) i najczęściej były one sprzeczne z linią tygodnika, w którego kierownictwie zasiadał. Punktem krytycznym okazał się skok Ziobry na sądy, który Karnowski gorąco poparł. W tym momencie Zaremba powiedział „pas” – i odszedł. Dziś pisuje w „Dzienniku. Gazecie Prawnej” teksty krytykujące PiS za łamanie zasad cywilizowanego państwa prawa. I to jemu prezydent Duda udzielił wywiadu dla DGP dzień po ogłoszeniu swoich projektów ustaw sądowych.

Lista dysydentów dobrej zmiany z kolejnymi miesiącami robi się coraz dłuższa. Spośród bardziej znanych nazwisk i pseudonimów warto wymienić chociażby Jadwigę Staniszkis, blogerkę Katarynę czy ekspertów skupionych wokół prawicowego think tanku o nazwie Klub Jagielloński.

Karnowski gromi dysydentów

Erozja zachodząca w intelektualnym zapleczu władzy zrazu była ignorowana i pomijana milczeniem przez ideologów tego obozu. Ostatnio jednak jej skala musiała zaniepokoić liderów frakcji „jakobińskiej”. 14 września naczelny „Sieci” Jacek Karnowski opublikował artykuł, w którym skrytykował dysydentów (choć żadnego nie wymienił z nazwiska):

„Jesteśmy chyba świadkami rekonstrukcji i przebudowy Salonu. Salon zawsze chętnie kooptował zmęczonych już lub znużonych rebeliantów, oczywiście pod pewnymi warunkami. Warunkiem najważniejszym jest uznanie, że zakres zmian musi być ograniczony, że są fundamenty, których ruszać nie należy. Równie ważne jest uznanie, że Kaczyński jest zły (dopuszczalne są formy kompromisowe: był pożyteczny, ale już nie jest). No i warunek trzeci: trzeba solidarnie zwalczać tych, którzy na ową kooptację się nie godzą.

Zyskują wszyscy, bo któż nie lubi mieć gwarancji bezpieczeństwa na wypadek prawicowej katastrofy? I któż nie chce, by lubiło go możliwie wielu ludzi znanych i lubianych? (…) Gdy więc znowu w którejś z anten mediów prywatnych lub publicznych (niektóre są ciekawym laboratorium i akuszerem tego procesu) usłyszycie solidarną jazdę po rządzie i PiS z prawej i lewej strony, podlaną coraz wyraźniejszym porozumieniem emocjonalnym, wspólną pogardą dla „pisowskiego betonu”, nie dziwcie się. Tak właśnie zaczyna się nowy rozdział w historii części polskich elit”.

W tym samym tekście Karnowski skrytykował też szczególnie pojmowaną symetrię, która każe wielu stawiać znak równości między Polską i antyPolską”. Ta „antyPolska” to – ma się rozumieć – opozycja.

Redaktorowi naczelnemu „Sieci” odpowiedział  publicysta jego własnego tygodnika Piotr Skwieciński, zwracając uwagę, że zarzucanie dysydentom kalkulacji koniunkturalnych jest absurdalne, ponieważ „w obecnej Polsce przepustką do znaczenia i związanych z tym fruktów jest raczej związanie się z rządzącą prawicą (a w ramach tej rządzącej prawicy – z frakcjami najbardziej radykalnymi; to się nosi w naszym kraju A.D.2017) niż z opozycją”.

Skwieciński pouczył też Karnowskiego: „szafowanie określeniami takimi jak „antypolska” uważam za niesłuszne. Choć „po tamtej stronie” istnieją oczywiście osoby i środowiska, które można by tak nazwać, to zarazem gros przeciwników PiS (partii, którą mimo rozmaitych zastrzeżeń i krytyk popieram) to nie jest żadna „antyPolska” tylko po prostu Polacy o innej niż nasza wrażliwości, inaczej niż my rozumiejący polski patriotyzm. Człowiekiem wiekowym będąc pamiętam, jak w 1990 roku w czasie „wojny na górze” w programie telewizyjnym Jarosław Kaczyński określił tę wojnę jako „spór między Polakami”. A kiedy obecny w studiu pewien baaaaardzo prawicowy publicysta wszedł mu w słowo, mówiąc: „między obywatelami Rzeczpospolitej, chciał pan powiedzieć?”, zripostował: „nie, proszę pana. Między Polakami”. Jest dla mnie oczywiste, że miał rację” – skwitował Skwieciński, przeciwstawiając Kaczyńskiego AD 2017 Kaczyńskiemu AD 1990.

Czy dysydenci pójdą do Canossy?

Ta polemika między publicystami PiS-owskiej prawicy toczyła się na kilka dni przed ogłoszeniem przez Andrzeja Dudę jego projektów ustaw sądowych, gdy jeszcze nic nie wskazywało, że sprawa zakończy się blamażem godzącym w autorytet Pałacu Prezydenckiego i niszczącym jego wizerunek jako poważnego ośrodka politycznego.

Czy czarny dla prezydenta poniedziałek 25 września 2017 zmieni dynamikę wydarzeń politycznych i powstrzyma erozję w obozie PiS?

Ci wszyscy, którzy w ostatnich tygodniach zerkali na Pałac Prezydencki jako atrakcyjną i perspektywiczną alternatywę dla „jakobińskiej” Nowogrodzkiej, z pewnością będą musieli sprawę jeszcze raz dogłębnie przemyśleć. Być może nawet część z tych, którzy przeszli już „na stronę prezydenta”, będzie chciała posypać głowy popiołem, odszczekać słowa krytyki i wrócić na łono prawomyślnej frakcji PiS.

Niewykluczone, że przynajmniej niektórzy zainteresowani dostaną taką możliwość. Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński postanowił dać Dudzie szansę na pokajanie się i powrót do szeregu. Jak informuje „Super Express”, wewnętrzny przekaz dla polityków PiS ws. sposobu wypowiadania się o prezydenckich projektach ustaw sądowych, zakazuje atakowania Andrzeja Dudy w mediach.

„Ugryźcie się w języki, podkulcie ogony i wracajcie na Nowogrodzką” – mówi prezes partyjnym wichrzycielom i dysydentom.

A ci, którzy się na to nie zgodzą? Którym poczucie własnej godności nie pozwoli się pokajać? Będzie im musiała wystarczyć świadomość, że dokonali moralnie słusznego wyboru. Innej rekompensaty nie będzie.

Wojciech Maziarski jest publicystą „Gazety Wyborczej”


https://oko.press/maziarski-blamaz-andrzeja-dudy-oboz-prezydencki-pis-zwinal-sie-zanim-powstal/

1.10.2017-19:00 Suweren mówi NIE! W całej Polsce spotkamy się, by przypomnieć wszystkim jak ważne są: #WolneSądy
https://www.google.com/maps/d/viewer?mid=1RD0TmfDxEttk9KwcLkxbApWgckE&ll=52.26683604788578%2C19.74602849218752&z=6 …

Biedroń zdradził, co musi się wydarzyć, by ruszył do walki z PiS. „Obiecałem to”

Jakub Noch, 28 września 2017

Dość stanowczego wywiadu w czwartkowy poranek udzielił prezydent Słupska Robert Biedroń. W rozmowie z Konradem Piaseckim z Radia ZET jeden z najpopularniejszych aktualnie polityków alarmował, że choć Polacy powinni mieć alternatywę wobec rządów PiS, to jej wciąż nigdzie nie widać. W tym kontekście rzucił kilka konkretnych słów pod adresem osób nazywających się dziś „liderami opozycji”.

ROBERT BIEDROŃ

prezydent Słupska w wywiadzie dla Radia ZET

Opozycja dzisiaj nie potrafi się pozbierać. No, jak dostaje też cały czas obuchem po głowie i jak też żyła w takiej mentalności, że tego się nie da, tamtego się nie da, że 500 plus się nie da, że nie da się wprowadzić jakiś realnych reform sądowych, to oni będą trochę, jak dziecko we mgle się poruszali. Muszą się szybko opamiętać. Muszą się szybko ogarnąć. Petru, Schetyna niech się ogarną, niech się wezmą w końcu do roboty i przedstawią jakąś atrakcyjną dla społeczeństwa alternatywę…

Jednocześnie Robert Biedroń kolejny raz studził emocje tych, którzy właśnie w nim widzą polityka skazanego na to, by stanąć na czele zupełnie nowej opozycji. Prezydent Słupska przyznał, że nie najlepiej czuje się, gdy jest „ubierany w szaty wielkiej nadziei”. – Jestem prezydentem Słupska. Umówiłem się na monogamiczny związek bez skoków w bok i nie zamierzam zdradzać tutaj mieszkańców naszego miasta – podkreślił.

Kilka chwil później Robert Biedroń zasugerował jednak, co mogłoby go skłonić do zaangażowania w walkę o prawdziwą władzę. – Jak Włodek Czarzasty, jak Adrian Zandberg będą gotowi żeby budować swoje partie, żeby stanąć w konkury z Prawem i Sprawiedliwością, to pewnie ja nie będę stał z boku. Nie będę stał z boku. I obiecałem to i Włodkowi i Adrianowi, że jestem do dyspozycji – mówił o relacjach z socjaldemokratami z SLD i skrajną lewicą spod szyldu Razem.

naTemat.pl

27 września 2017

„Mogliśmy być częścią francusko-niemiecko-polskiego silnika nowej Europy”

– To było stanowisko kolejnych polskich rządów, że uchodźcy powinni być zapraszani wedle określonych kryteriów i w ramach określonej kwoty – powiedział w „Faktach z Zagranicy” TVN24 BiS były szef MSZ i Marszałek Sejmu Radosław Sikorski i dodał że należałoby „przyjąć symboliczną liczbę” uchodźców jako „gest solidarności”. – Mogliśmy być częścią francusko-niemiecko-polskiego silnika nowej Europy – mówi Sikorski i podkreśla, że to „byłoby w naszym interesie” i dawałoby nam podmiotowość decyzyjną, ale zamiast tego Polska „spychana jest do narożnika”. Były minister spraw zagranicznych rozmawiał z Marcinem Wroną w Waszyngtonie również o kwestii reparacji, których w jego opinii nie będzie, przyszłości Unii Europejskiej, a także eskalacji konfliktu USA – Korea Północna, który, zdaniem gościa programu, zagraża też Polsce. – Wojna atomowa jest złym pomysłem – podkreślił. 

(http://www.tvn24.pl)

TERLECKI: JEŻELI UDA NAM SIĘ W KRÓTKIM CZASIE PRZEPROWADZIĆ REFORMĘ SĄDOWNICTWA, TO WTEDY DYSKUSJA O ZMIANACH ORDYNACJI WYBORCZEJ

27 września 2017

Polska Agencja Prasowa cytuje wypowiedź marszałka Ryszarda Terleckiego (PiS) na temat zmian w sadownictwie.

Oczywiście, że gra w tej chwili toczy się o to, czy kolejne wybory samorządowe, parlamentarne do PE będą wolne i demokratyczne. 

Profesorzy, sędziowie, uczeni ludzie, zostali ograni przez małego mściwego człowieka, który po zmianie ordynacji będzie panował przez lata.

Czy Hitler nie szedł taką samą drogą w latach ’30 XX w?

Szedł dokładnie taką samą. Podporządkował sobie wszystkie instytucje i w ogóle nie liczył się z prawem. Zastraszał obywateli.

Wczoraj słyszałem że Jarek wywalił karty na stół.Wiemy w co gramy.Ordynacja wyborcza jest środkiem a celem nieustanna władza.

„Rosyjska agentura? To nieprzyzwoitość, Goebbels by się nie powstydził”. Gorąco wokół Macierewicza w Sejmie

27.09.2017

Sejmowa komisja obrony narodowej nie przyjęła w środę dezyderatu do premier Beaty Szydło w sprawie powiązań ministra obrony Antoniego Macierewicza mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. O taki dezyderat i wyjaśnienie wątpliwości wnieśli posłowie PO.

Platforma przedstawiła projekt dezyderatu „w sprawie powiązań Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza oraz jego współpracowników mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa”. Podczas środowego posiedzenia komisji 10 posłów było za przyjęciem dezyderatu, 16 przeciw.

Przedstawiając projekt dezyderatu Bożena Kamińska (PO) mówiła, że od ponad roku w polskiej i zagranicznej prasie publikowane są materiały dotyczące podejrzanych i niebezpiecznych z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski powiązaniach szefa MON. Przypomniała, że o tych powiązaniach mówi też książka Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”.

Wiceminister obrony Bartosz Kownacki mówił w debacie nad wnioskiem o przyjęcie dezyderatu, że są to insynuacje, kłamstwa i słowa niegodne parlamentarzystów. Mówił, że z ministrem można się nie zgadzać, mieć inną wizję rozwoju czy zarządzania polską armią, ale nie zarzucać mu współpracy z Rosjanami.

Komu, jak komu, ale ministrowi Macierewiczowi zarzucanie rosyjskiej agentury to jest nieprzyzwoitość – powiedział Kownacki. Tego Goebbels i komuniści by się nie powstydzili – dodał.

Poseł PO Paweł Suski powiedział, że wie, iż w środę Macierewicz jest z wizytą w Finlandii, ale pytał, dlaczego on sam nie broni swojego dobrego imienia.

Przewodniczący komisji, poseł PiS Michał Jach odparł, że dobrze rozumie Macierewicza, iż sam nie odnosi się do tych oskarżeń. Są granice absurdu i gdyby mnie o takie rzeczy oskarżano, nie pozwoliłbym sobie na takie zarzuty sam odpowiadać – powiedział.

Wiceprzewodniczący komisji Wojciech Skurkiewicz (PiS) mówił o – w jego ocenie – braku wiarygodności autora książki o ministrze Macierewiczu – Tomasza Piątka. Stwierdził, że „książka Piątka rozpala wielu”, ale tak jak jego inna książka „Antypapież” – o świętym Janie Pawle II „zawiera rzeczy, które nijak mają się do rzeczywistości”. To autor, który nie opiera się na faktach – dodał Skurkiewicz.

Cezary Tomczyk (PO) mówił, że w przestrzeni publicznej funkcjonuje wiele różnych spraw, m.in. „zamach smoleński”, które się bada. Czy w tej sprawie też mamy wierzyć na słowo wiceministra, który jest podwładnym szefa MON – pytał nawiązując do wypowiedzi Kownackiego.

Tomczyk podkreślił, że nikt nie podważa historycznych zasług Macierewicza, jak udział w założeniu KOR, czy działalności w opozycji demokratycznej. Wątpliwości dotyczą ostatnich lat – zaznaczył. Według niego w odpowiedzi i argumentach obrońców ministra nie ma odniesienia do faktów, są jedynie inwektywy w stosunku do wnioskodawców dezyderatu.

Tak oceniają ministra sojusznicy, obywatele – że w jego otoczeniu są te same osoby, te same sprawy, te same wpisy w KRS. Czy można uznać, że sprawy te się nie łączą? – pytał Tomczyk. Ze strony ministra zamiast obrony dobrego imienia jest wniosek do prokuratury o ściganie dziennikarza – powiedział Tomczyk.

Poseł PO, wiceszef komisji obrony Czesław Mroczek przekonywał, że opozycja jak najoszczędniej przedstawiła w dezyderacie zarzuty wobec Macierewicza, ale obowiązkiem posłów, komisji i Sejmu jest wnieść o ich formalne sprawdzenie, skoro pojawiły się w opinii publicznej.

Wiceprzewodniczący komisji, poseł PiS Waldemar Andzel mówił z kolei, że zarzuty wobec Macierewicza, legendy opozycji są kompromitujące dla opozycji. NATO i Stany Zjednoczone, ich obecność w Polsce pokazuje, że jest zaufanie dla działań PiS i ministra Macierewicza – stwierdził. W jego ocenie obok szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego, Macierewicz jest jedną z najbardziej atakowanych osób w Polsce.

Książka Tomasza Piątka pt. „Macierewicz i jego tajemnice” – jak wynika z informacji podawanych przez wydawcę – opisuje i dokumentuje m.in. „powiązania ministra z wybitnym gangsterem-finansistą Siemionem Mogilewiczem”, który – jak podano – „współpracuje z sowieckim/rosyjskim wywiadem wojskowym GRU, jak również z samym Władimirem Putinem”.

Pod koniec czerwca szef MON złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez Tomasza Piątka.

Zawiadomienia dotyczy stosowania przemocy lub groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych (za co grozi do 3 lata więzienia) i publicznego znieważania lub poniżania konstytucyjnego organu RP (do dwóch lat więzienia). Przywołany w nim został też art. 231a Kk, w myśl którego z ochrony prawnej przewidzianej podczas lub w związku z pełnieniem obowiązków służbowych, korzysta też funkcjonariusz publiczny w sytuacji, gdy „bezprawny zamach na jego osobę został podjęty z powodu wykonywanego przez niego zawodu lub zajmowanego stanowiska”.

dziennik.pl

„Klątwa” Glińskiego. Minister kultury wycofał dotację dla festiwalu teatralnego. Powód? jedna ze sztuk

Logo Newsweek Polska Newsweek Polska, 27.09.2017

© pap

Ministerstwo Kultury nie przyznało pół miliona dofinansowania dla festiwalu teatralnego Dialog-Wrocław. To prawdopodobnie kara za próbę wystawienia „Klątwy” Olivera Frljicia, chociaż spektakl miał być jedynie wydarzeniem towarzyszącym imprezie i finansowanym z tego, co uda się zarobić na biletach.

170- 200 złotych, to cena biletów na spektakl „Klątwa” w reżyserii Olivera Frljicia zaproszonego przez organizatorów festiwalu Dialog-Wrocław. Dlaczego bilety osiągają taką cenę? Spektakl postanowiono sfinansować jedynie z pieniędzy wyciągniętych z kieszeni widzów. Nie pomogło to jednak festiwalowi w walce o ministerialne dofinansowanie. Rząd od miesięcy walczy z „Klątwą”, czego dowodem batalia jaka miała miejsce gdy sztukę warszawskim Teatrze Powszechnym.

Sęk w tym, że przez „Klątwę” straci cały festiwal. Budżet tegorocznej dziewiątej edycji Wrocław-Dialog opiewał na 2,5 mln złotych, z czego dwa miliony wyłożyło miasto, a pół miało pochodzić z budżetu Ministra Kultury. Organizatorzy starali się o dofinansowanie od listopada, jeszcze przed lutową premierą „Klątwy” i wszystko było na dobrej drodze. Schody zaczęły się dopiero, gdy ogłoszono, że głośny spektakl Frljicia dołączy do festiwalu jako wydarzenie dodatkowe. Efekt był łatwy do przewidzenia. Dofinansowania nie przyznano, w dodatku ministerstwo z ogłoszeniem decyzji czekało niemal do końca. Ostatecznie obwieściło ją 27 września. (Festiwal startuje 14 października.

„W moim przekonaniu próba eliminowania z przestrzeni publicznej zjawisk i artystów, którzy z powodów politycznych czy ideowych nie odpowiadają władzy, wymaga jednoznacznego sprzeciwu. W efekcie wstrzymania ministerialnej dotacji, tegoroczny Festiwal Dialog staje się boleśnie niepełny. Mam jednak głębokie przekonanie, że mimo to powinien się odbyć choćby po to, aby stać się platformą ważnej dyskusji o sztuce w czasach kryzysu, o wolności i solidarności. O tym, czym jest i czym powinien być mecenat państwa, a także teatr publiczny. I przede wszystkim o tym, czy dialog i Dialog jest nadal możliwy.” Napisał w oświadczeniu kierownik programowy festiwalu Tomasz Kireńczuk.

Jakie są skutki cofnięcia dotacji? Przede wszystkim wycofanie prawie połowy najważniejszych spektakli. Na scenie nie zobaczymy przedstawień Marty Górnickiej, Jana Klaty i Wojtka Ziemilskiego. Widzowie będą mogli zobaczyć cztery główne spektakle: „Kings of War” Ivo van Hovego, „En avant, marche!” i „Nicht schlafen” Alaina Platela oraz „MDLSX” Enrico Casagrande i Danieli Nicolo.

msn.pl

Gasiuk-Pihowicz: PiS już nie przegra wyborów?

Logo Rzeczpospolita Rzeczpospolita, 27.09.2017

© tv.rp.pl

 

To Sąd Najwyższy odpowiada za zatwierdzanie prawidłowości wyborów. Zmiany służą temu, by PiS już nigdy nie przegrał wyborów – powiedziała posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz, która była gościem Zuzanny Dąbrowskiej w środowym wydaniu programu #RZECZoPOLITYCE.

Według Gasiuk-Pihowicz już wstępna analiza prezydenckich projektów ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym potwierdza nasz niepokój związany z tym, że są to ustawy niekonstytucyjne. Te ustawy w szeregu zapisów łamią wprost polską konstytucję, chociażby tam, gdzie nie mamy do czynienia z uszanowaniem wyznaczonej kadencji I prezes Sądu Najwyższego. Przypomnę, że artykuł 183 Konstytucji RP jest jasny: sześcioletnia kadencja. Nowa ustawa łamie ten przepis.

W prezydenckim projekcie wyznaczona jest procedura na wypadek skrócenia kadencji prezes SN, co już świadczy o tym, że jest to rozwiązanie niekonstytucyjne. Prezydent przyznaje sobie prawo do tego, by powierzyć kierowanie Sądem Najwyższym wskazanemu przez siebie sędziemu SN. Nie tak się wybiera I prezesa SN zgodnie z polską konstytucją.

Rządzący już wielokrotnie łamali Konstytucję RP, pan prezydent chociażby nie przyjmując przysięgi od trzech prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A jeżeli nie chce się ponieść odpowiedzialności za swoje czyny, to trzeba zawalczyć o to, by utrzymać władzę. I te ustawy mają w tym pomóc, bo Sąd Najwyższy odpowiada za zatwierdzanie legalności, prawidłowości wyborów. Te ustawy są po to, by PiS już nigdy nie przegrał wyborów.

Izba, która będzie odpowiedzialna za zatwierdzanie legalności wyborów, będzie też odpowiedzialna za nadzwyczajną skargę. I ona na podstawie przepisów przejściowych zostaje całkowicie wydrążona z obecnych sędziów SN, którzy są przesunięci do innej. Zostanie ona wypełniona sędziami wskazanymi przez upolityczniony KRS, to będą nominaci PiS-owscy.

Według Gasiuk-Pihowicz te ustawy nie mówią absolutnie o niczym, co może przybliżyć wymiar sprawiedliwości obywatelom, nie rozwiążą problemu długiego oczekiwania na orzeczenie. – Przypomnę, że Sąd Najwyższy jest jednym ze sprawniej działających sądów, a średnia rozpoznawania spraw wynosi siedem miesięcy, choć zajmuje się najbardziej skomplikowanymi sprawami prawnymi w Polsce. Tu chodzi tylko o sprawy personalne, które pozwolą partii rządzącej położyć rękę na wymiarze sprawiedliwości.

Jeżeli chodzi o odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów, to widzę zagrożenie polegające na tym, że nie będzie już rzetelnych postępowań, tylko mocno upolitycznione. Bo to prezydent albo minister sprawiedliwości będzie wyznaczać rzecznika do każdej sprawy, a w składzie orzekającym będzie ławnik wyznaczony przez PiS-owską większość w Senacie. Trudno więc mówić o orzekaniu na podstawie litery prawa.

msn.pl

Norman Davies: W kwestii reparacji Polsce mogłaby pomóc tylko Federacja Rosyjska

Logo Wprost Wprost, 27.09.2017

Norman Davies© KONRAD KOCZYWAS / FOTONEWS Norman Davies

 

– Jeśli ma dojść do dyskusji o reparacjach, potrzeba międzynarodowej akcji, nie wystarczą żądania jednego rządu – powiedział Norman Davies, komentując formułowane przez polskie władze sugestie, jakoby Polska mogła ubiegać się o reparacje wojenne od Niemiec.

– Nie rozumiem, dlaczego Polacy myślą, że tylko Polska ma prawo do reparacji. Jeśli ma być jakaś dyskusja o dalszych reparacjach, to musiałaby być międzynarodowa, nie tylko wymagania jednego rządu – wskazał historyk. – Największym mocarstwem, które mogłoby pomóc, jest obecnie Federacja Rosyjska – dodał historyk. Wyraził jednak pewność, że „nie ma najmniejszej szansy, aby Moskwa zechciała o tym rozmawiać”.

Po zakończeniu II wojny światowej na konferencji w Poczdamie podjęto decyzję, że Niemcy wypłacą aliantom odszkodowania. Decyzją Stalina reparacje dla Polski miały zostać włączone do puli przyznanej ZSRR, której miałyby stanowić około 15 procent. Środków tych jednak nigdy nie przekazano rządowi w Warszawie. Moskwa zablokowała też Polsce możliwość uzyskania środków na odbudowę przewidzianych dla niej w amerykańskim planie Marshalla.

Według Beaty Szydło, ewentualne uzyskanie przez Polskę reparacji byłoby aktem sprawiedliwości dziejowej. Zwolennikiem podniesienia tej kwestii jest również szef MSZ Witold Waszczykowski oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński, który wprowadził ją do publicznego obiegu na lipcowym kongresie PiS w Przysusze.

msn.pl

Zakończyło się spotkanie kierownictwa PiS

Logo PAP PAP, 27.09.2017

Warszawa, 27.09.2017. Premier Beata Szydło po spotkaniu kierownictwa PiS w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, 27 bm. (nlat) PAP/Radek Pietruszka© Radek Pietruszka Beata Szydło

 

W środę po godz. 19. zakończyło się spotkanie kierownictwa PiS w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej. Tematem rozmów była m.in. reforma sądownictwa.

W spotkaniu udział wzięli m.in.: prezes PiS Jarosław Kaczyński, premier Beata Szydło, wiceprezes PiS, wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński, wicepremier, minister finansów i minister rozwoju Mateusz Morawiecki, wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wiceprezes PiS, minister koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński, marszałek Sejmu Marek Kuchciński, marszałek Senatu Stanisław Karczewski, minister administracji i spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki i wiceprezes PiS Adam Lipiński.

„Spotkało się kierownictwo PiS. Spotykamy się regularnie, nie ma tutaj żadnej sensacji ani tajemnicy. Na bieżąco omawiany najważniejsze sprawy kraju. Również omawialiśmy sprawę sądownictwa. Nie jestem upoważniony, by składać komunikaty. To było rutynowe spotkanie” – powiedział Kamiński dziennikarzom po zakończeniu spotkania.

Morawiecki powiedział dziennikarzom, że na spotkaniu poruszane były bardzo ważne sprawy. „To były bardzo dobre rozmowy” – podkreślił.

Przed spotkaniem, premier Beata Szydło pytana przez dziennikarzy o prezydenckie projekty ustaw ws. SN i KRS, odpowiedziała, że będzie mogła powiedzieć więcej o projektach, kiedy dokładnie się z nimi zapozna. „Dzisiaj najważniejsze jest to, że i pan prezydent i klub parlamentarny (PiS) chcą reformy sądownictwa, na którą czekają Polacy” – powiedziała szefowa rządu.

We wtorek po południu prezydenckie projekty ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym zostały złożone do marszałka Sejmu.

Prezydencki projekt ustawy o SN wprowadza m.in.: możliwość wniesienia do SN skargi na prawomocne orzeczenie każdego sądu, zapis by sędziowie SN przechodzili w stan spoczynku w wieku 65 lat z możliwością wystąpienia do prezydenta o przedłużenie orzekania oraz utworzenie Izby Dyscyplinarnej z udziałem ławników. Skargę nadzwyczajną do SN wnosiłoby się w terminie 5 lat od uprawomocnienia skarżonego orzeczenia; przez 3 lata mogłaby ona być też wnoszona w sprawach, które uprawomocniły się po 17 października 1997 r. Skargi nadzwyczajne miałyby być generalnie badane przez dwóch sędziów SN i jednego ławnika SN.

Projekt ustawy o KRS zakłada m.in, że obecni członkowie KRS-sędziowie pełnią swe funkcje do dnia rozpoczęcia wspólnej kadencji wszystkich członków Rady-sędziów, wybranych na nowych zasadach przez Sejm (dotychczas wybierały ich środowiska sędziowskie – PAP). Sejm wybierałby nowych członków KRS-sędziów większością 3/5 głosów na wspólną czteroletnią kadencję; w przypadku klinczu, każdy poseł mógłby głosować w imiennym głosowaniu tylko na jednego kandydata spośród zgłoszonych. Kandydatów na członków KRS-sędziów mogłyby zgłaszać Sejmowi tylko: grupa co najmniej 2 tys. obywateli oraz grupa co najmniej 25 czynnych sędziów. (PAP)

msn.pl

Andrzej Talaga

Talaga: Czas na polską ofensywę

publikacja: 26.09.2017

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak

W Niemczech opadł wyborczy kurz i rozpoczęły się przymiarki do rozmów koalicyjnych, które potrwają najpewniej do końca grudnia.

Polska powinna wykorzystać ten czas do wypracowania nowej polityki wobec Berlina i UE, bo obecna jest kontrproduktywna. Werdykt wyborców okazał się dla nas korzystny. Najbardziej prawdopodobna koalicja: CDU\CSU, FDP, Zieloni nie zbliży Niemiec do Rosji, nie da też zielonego światła dla Europy dwóch prędkości. To nie najgorsza układanka polityczna.

Dobra perspektywa

Inny wynik wyborów, w efekcie którego nowy rząd niemiecki poparłby idee Emmanuela Macrona, co mogłoby się zdarzyć, gdyby zwyciężyła SPD, a także rzucił się w gospodarcze ramiona Rosji, nie zważając na okupację Krymu i wojnę w Donbasie, co z kolei wydaje się miłe uszom FDP, byłby dla Polski geopolitycznym ryzykiem. Możemy jednak odetchnąć. W trójkącie CDU\CSU – FDP – Zieloni z czołową rolą chadecji obie opcje będą się blokowały. W rezultacie plany wąskiej Unii skupionej wokół euro nie mają co liczyć na wsparcie Niemiec. Nie chce jej zdecydowanie FDP, nie porwała ona też CDU, a Zieloni nie uznają tej sprawy za priorytet. Niemcy nie poprą również zniesienia sankcji wobec Rosji dopóki nie zaprzestanie agresji wobec Ukrainy, nic nie stoi także na przeszkodzie, by zwiększały budżet obronny do poziomu 2 proc. PKB. To dla Polski całkiem niezłe perspektywy na kolejne lata.

Stan bezpieczeństwa i naszego dobrobytu jest uzależniony od kondycji Niemiec, relacje z nimi musimy zatem uważać za priorytetowe. Są one naszym strategicznym zapleczem; w razie wojny tylko przez ich terytorium może przyjść efektywna amerykańska pomoc wojskowa. Ponadto polska gospodarka rośnie w dużej mierze dzięki wymianie handlowej z Niemcami – idzie do nich niemal jednak trzecia naszego eksportu. Stały się one także największym inwestorem w Polsce. Dobre relacje z Berlinem nie są kwestią politycznego wyboru – w tej sytuacji nie ma bowiem żadnego wyboru, chyba że ktoś chciałby pogorszyć bezpieczeństwo Polski i spowolnić rozwój gospodarczy, czyli szkodzić ojczyźnie. Rzecz jednak w tym, by wzajemne relacje były na wszystkich polach obopólnie korzystne i nie miały żadnych cech podległości.

Wolny rynek to cel

Po wyborach w Niemczech rodzi się przestrzeń na polską ofensywę w Unii Europejskiej, której Niemcy mogłyby przyklasnąć, a przy okazji – na wyjście z unijnego impasu, w jakim się znaleźliśmy za sprawą Trybunału Konstytucyjnego, uchodźców, sądów i Puszczy Białowieskiej. Skoro nie dojdzie do rekonstrukcji niemiecko-francuskiego motoru UE, zaś ewentualne zmiany w jej strukturach w kierunku powołania ministra finansów, czy tzw. budżetu strefy euro, będą ledwie symboliczne, otwiera się pole do obrony spoiwa UE – wolnego rynku i swobody konkurencji. Służy to zarówno Polsce, jak i Niemcom. Wszelkie ograniczenia, choćby w imię walki z tzw. dumpingiem socjalnym, czyli wewnątrzunijny protekcjonizm, są niezgodne z traktatami i duchem UE, a przy okazji dla Polski niebezpieczne, zaś dla Niemiec niekorzystne.

Berlin pod wodzą postulowanej koalicji nie będzie zainteresowany psuciem relacji z Warszawą w imię obrony praworządności, możemy wprawdzie spodziewać się krytyki słownej, ale praktycznych działań już nie. To będzie rząd obrony dobrobytu, a handel z Polską właśnie go buduje.

Polska nie ma jednak szans w unijnej ofensywie w imię obrony rynkowych zasad Wspólnoty, jeśli nie wykona symbolicznych choćby ustępstw w sprawach, w których jesteśmy skonfliktowani z instytucjami unijnymi. Prezydencki projekt reformy sądownictwa jest dobrym krokiem w tym kierunku. Wyciszenie sporów naprawdę się opłaci. Po niemieckich wyborach Polska ma szansę z powodzeniem współkształtować przyszłość UE. Nie wolno jej zaprzepaścić.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

rp.pl

Paweł Kowal

Paweł Kowal: Jakiej opozycji Polacy potrzebują?

publikacja: 27.09.2017

Foto: PAP, Tomasz Gzell

W demokracji gorzej dla opozycji jest nazwać ją konstruktywną niż totalną.

Od totalności ważniejsze jest zresztą zdecydowanie. Czyż totalny nie był wobec AWS–UW Leszek Miller, potem PO wobec PiS, LPR i Samoobrony, a jeszcze później PiS wobec Platformy? W naszym systemie półopozycje dostają się przed wyborami w dwa ognie wielkich partii i najczęściej chudną w oczach. Niemiecki sukces AfD to po części rezultat trwania wielkiej koalicji. Gdy wszyscy wielcy popierają rząd, ludzie zaczynają się rozglądać za „alternatywą”. Często jest to alternatywa dla zdrowego rozsądku. Wyborcy choćby dla własnego komfortu mają prawo wiedzieć, że taką czy inną reformę ktoś inny chciałby przeprowadzić inaczej niż rząd. A dla państwa na dorobku lepiej, żeby alternatywą była partia z doświadczeniem. Prawdziwa opozycja potrzebna jest każdemu, kto dobrze życzy Polsce, nawet jeśli na tę opozycję nie głosuje.

Koncepcja opozycji „konstruktywnej” została zaproponowana w 1988 roku przez rząd Mieczysława Rakowskiego, a „konstruktywni” dostali nawet ofertę wejścia do rządu. Po roku rząd tworzyła opozycja jak na owe czasy turbototalna, czyli Solidarność.

Nic gorszego dla Polski niźli opozycja „konstruktywna” – to jak ogłoszenie, że w mięsnym będzie tylko kiełbasa krakowska, no, może jeszcze krakowska parzona. Efektem jest odebranie obywatelom prawa wyboru przy urnach, stworzenie systemu: „tak czy owak, Zenon Nowak”. Polacy to czują; w opublikowanym w „Rzeczpospolitej” sondażu jako lidera opozycji wskazują Grzegorza Schetynę (38 proc.), a np. Pawła Kukiza w tej roli widzi tylko 3 proc., czyli znacznie mniej niż zwolenników jego partii.

Czy Grzegorz Schetyna dobrze zrobił, że nie dał się zaprosić w poniedziałek do prezydenta? Czas pokaże. W polityce oprócz kalkulacji liczy się też intuicja i doświadczenie. Ileż to razy Jarosław Kaczyński jako lider opozycji był krytykowany za rzeczy, które potem ogłaszano jako ruchy geniusza? Opozycja dla dobra polityki w Polsce niech będzie opozycją pełną gębą, rząd rządem, a demokracja demokracją.

rp.pl



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>